Zabrać dziecku dzieciństwo?

Dzieciństwo przeżywamy tylko raz. I wyłącznie ten jeden jedyny raz możemy wykorzystać potencjał jaki tkwi w mózgu malutkiego człowieczka. Przez zaledwie 5 lat, dziecko w naturalny sposób, uczy się zasad funkcjonowania w społeczeństwie, języka ojczystego, nawiązywania kontaktów międzyludzkich, przeznaczenia przedmiotów znajdujących się wokół niego i zasad posługiwania się nimi i wiele wiele innych. Potem, potencjał zdecydowanie maleje, i tempo nauki „świata” spada.

System jaki znamy

Nasz system edukacji dopiero wówczas planuje nauczyć dziecko dwóch podstawowych umiejętności jakie wykorzystujemy w codziennym dorosłym życiu: mowa o czytaniu i rozumowaniu matematycznym. Mozolne przedstawianie formułek i nakaz siedzenia w ławce w zupełności wystarczy by słowo NAUKA niosło za sobą najbardziej ambiwalentne odczucia. Znam rodziców, którzy po dziś dzień, na pomysł nauczania swoich dzieci reagują – jeszcze nie zwariowałam by odbierać dziecku przyjemność życia i możliwość swobodnej zabawy.

Nadszedł więc czas, by raz a dobrze, przeanalizować ideę wczesnego nauczania. Specjalnie dla sceptyków.

Czytanie? Ale jak, kiedy, gdzie?

W jaki sposób człowiek korzysta z umiejętności czytania? Czyta książki. Czasem nawet już od niemowlęcia. I napisy na filmach. Czy tylko? Dorosły człowieku, który szczęśliwie nabyłeś już tę umiejętność, czytamy każdego dnia znacznie więcej niż nam się wydaje. Dzięki tej czynności, odróżniamy proszek do prania od proszku do pieczenia, wiemy do jakiego sklepu wchodzimy i ile kosztuje dany produkt na półce, wiemy czy drzwi ciągnąć czy pchać, wiemy że zginął komuś mały rudy kotek… Czytanie w 21 wieku okazuje się niezbędną umiejętnością do funkcjonowania w społeczeństwie.

A co z matematyką?

Co z wiedzą matematyczną? Nie, nie mówię o całkach, różniczkach i macierzach (choć zdziwilibyście się jak wiele zastosowań w codziennym życiu mają te skomplikowane działania). Może nie będą oryginalna gdy napiszę o liczeniu drobnych w portfelu i monitorowaniu wydawanej przez kasjerkę reszty. Dzięki rozumowaniu matematycznemu, potrafimy podzielić się na dwie grupy na wf-ie, stwierdzić czy na naszej działce zmieści się dom z garażem, obliczyć na ile litrów paliwa nas stać, kupić odpowiednią liczbę cukierków do podziału w klasie, ugotować potrawę według przepisu i wiele wiele innych.

Skoro jesteśmy zgodni, że omówione powyżej umiejętności wydają się być niezbędne omówmy dwa scenariusze.

Scenariusz nr 1.
Gwarantujemy dziecku „bezstresowe i radosne” dzieciństwo, upływające na zabawie i beztrosce, bez zbędnej mu jeszcze nauki. Podczas owego okresu, dziecko mimochodem uczy się języka ojczystego (rodzice po prostu mówią, nie próbując tłumaczyć przypadków i strony biernej). Tuż po tym jak dziecko straci bezpowrotnie umiejętność nieograniczonego pochłaniania nowych wiadomości, wysyłamy je do szkoły, gdzie każą mu siedzieć i uczyć się śmiesznych koślawych znaczków (1,2,3,a,b,c). Dziecko literuje, następnie sylabizuje. Liczy na pamięć by dopiero po kilku latach zrozumieć jaką wartość dana liczba sobą reprezentuje. Nauka jest ble. Czytanie jest trudne. Dorosły już człowiek czyta z prędkością jednego rozdziału tygodniowo, jak dobrze pójdzie.

Scenariusz nr 2.
Wykorzystując dziecięce tabula raza wprowadzamy go w świat nauki poprzez świetną zabawę. Spędzamy z dzieckiem więcej czasu jednocześnie zapewniając mu bezstresowe i radosne dzieciństwo, upływające na zabawie i beztrosce. Dziecko mimochodem uczy się języka ojczystego (bez tłumaczenia przypadków i strony biernej), czytać (bez powtarzania literek i sylabizowania) i rozumować matematycznie (bez stosowania tajemniczych abstrakcyjnych znaków i sformułowań). W momencie gdy dziecko traci bezpowrotnie umiejętność nieograniczonego pochłaniania nowych wiadomości, potrafi już liczyć i czytać. Nie kojarzy nauki tych dwóch najważniejszych umiejętności jako „straszny przymus”. Potrafi czerpać przyjemność z czytania i nie stara się uczyć kolejnych działów matematycznych a stara się je zrozumieć. Dorosły już człowiek czyta książkę dziennie. I nie zajmuje to osiem godzin.
Wiem. Bardzo sugestywne i karykaturalne opisy, mam jednak nadzieję, że wystarczająco wyjaśniły ideę wczesnego nauczania. Zdaję sobie jednak sprawę, że brak zaufania wciąż mogą wzbudzać owe tajemnicze „metody” bezstresowego nauczania malutkich dzieci. Metoda Glena Domana daje takie możliwości. Opiszę ją już w następnym poście.