Wywiad z Konradem Danielem z PozdziemnaTV

W pewien majowy poranek, zjadłam pyszne śniadanie z Konradem Danielem, autorem kanału PozdziemnaTV na YouTubie. A podczas śniadania porozmawialiśmy o tym, co jest nie tak z naszą edukacją i z czego to wynika. A dlaczego rozmawiałam o tym z Konradem akurat? Bo mój rozmówca intensywnie śledzi i obnaża nieuczciwe poczynania na senie politycznej. A co polityka ma wspólnego z dziećmi? Ooo, zdziwilibyście się jak wiele. 

Angelika Maria Gąsior: W Twoim pierwszym filmiku na kanale PodziemnaTV, mówiłeś o badaniu, z którego wynikło, że 88% Polaków chce bezpłatnej edukacji. Chciałabym o ten temat Cię zapytać.

Konrad Daniel: Nie ma czegoś takiego jak bezpłatna edukacja.

A: Tak, nie ma czegoś takiego. Jednak jak obalić mit, że teraz ją mamy? Dużo moich czytelników ma obawy, że jeśli nie będzie państwowych szkół, to połowy społeczeństwa nie będzie na edukację stać.

K: Niestety system podatkowy jest tak skonstruowany, w tak podstępny i zagmatwany sposób, abyśmy nie wiedzieli, nawet nie byli wstanie policzyć, ile tak naprawdę płacimy podatków.

Jestem przekonany, że gdyby każdy człowiek dostawał do ręki wszystkie pieniądze jakie zarabia i musiał sam płacić podatki, to byśmy w dwa dni się wszyscy zorientowali, jak drogie są te wszystkie tak zwane „bezpłatne rzeczy”, które teoretycznie zapewnia nam państwo.

Dopóki ludzie nie czuja ile płacą, to odnoszą mylne wrażenie na temat tego co „oferuje” nam państwo.  A też mam takie podejrzenie, że 99% (albo i więcej) ludzi pracujących na umowę o pracę, mają na umowie kwotę brutto, dostają kwotę netto i kompletnie się tym nie interesują, bo nie mają powodów  żeby się interesować, że w rzeczywistości zarabiają dużo więcej. Przecież pracodawca za ich pracę płaci dużo więcej niż kwota brutto. Ale tak właśnie jest skonstruowany nasz system podatkowy, że pracownicy tego nie zobaczą, że to są ich pieniądze, które oni wypracowują.

Dla przykładu: jak ktoś na umowie o pracę zarabia 3 000 zł netto na rękę, to na umowie jest ok 4200 zł brutto, a de facto pracodawca płaci ponad 5000 zł za takiego pracownika i za jego pracę. I  pracodawcy musi się to opłacać, bo każdy zatrudnia za takie pieniądze, żeby nie puścić firmy z torbami. Także, gdyby ludzie wiedzieli, że dostając 3.000 zł na rękę, tak naprawdę wykonują pracę za którą ich pracodawca płaci dzisiaj 5 000 zł, (ale 2000 z tego to różne podatki) to myślę, że spojrzeli by na to, na co ich byłoby stać przy mniejszych podatkach, dużo inaczej.

Niestety jest problem z dotarciem do ludzi. Nawet jeśli czuję czuję się na siłach, by coś przekazać i to udowodnić, to komu to powiem? Przez kanał na YouTube, mogę spróbować powiedzieć do kilku, kilkunastu, kilkudziesięciu tysiącom osób, a to i tak jest kropla w morzu całego naszego społeczeństwa. I jest to efekt dosyć znikomy niestety. A myślę, że to jest klucz, dotarcie do ludzi.

Większość ludzi sobie nie zdaje sprawy, ile tak naprawdę „państwo” zabiera, pod różnymi pretekstami tylko po to, by politycy mogli sobie kilometrówki nabijać, jeść kolacje z kolegami za 1500 zł, pasztet z królika i tego typu rzeczy. Gdyby ludzie byli świadomi, ile tak naprawdę jest im zabierane, to by ‚raz dwa’ zmądrzeli i zauważyli, że coś tu jest nie tak.

A: Takie pytanie hipotetyczne. Przypuśćmy, że my (społeczeństwo) już wiemy, ile mamy podatków zabieranych. Ale godzimy się na to, aby te podatki były spożytkowane właśnie po to, by państwo organizowało i oferowało nam te wszystkie rzeczy, które obiecuje, czyli: bezpłatna edukacja, bezpłatną opiekę zdrowotną… Widzę, że się uśmiechasz?

K: Bo znowu powtarzamy bezpłatne… nie ma czegoś takiego! Ani lekarze, ani nauczyciele nie pracują za darmo i to NIE JEST bezpłatne. My płacimy za to. Po pierwsze płacimy za to z góry, po drugie płacimy za to pod przymusem, po trzecie płacimy, tyle, że nawet nie wiemy ile, a po czwarte przepłacamy.

Bo pod hasłami typu „bezpłatna edukacja”, pod tym zlepkiem słów, które znamy wszyscy z mediów, kryje się coś innego. W rzeczywistości, jacyś ludzie, zabierają innym ludziom pieniądze pod przymusem, by w pierwszej kolejności siebie z tego wyżywić. Władza zawsze sama siebie wyżywi, a następnie, z tego co zostanie, przekazuje te pieniądze innym ludziom, który kolejno zatrudniają nauczycieli do nauki naszych dzieci. Dokładnie Ci sami ludzie, którzy zabierają nasze pieniądze, jednocześnie mówią nauczycielom czego i jak mają uczyć nasze dzieci.

A: Podrążę jeszcze to pytanie. Poniekąd na nie odpowiedziałeś, ale ugryzę to z drugiej strony. Hipotetycznie wszyscy ludzie zgodzili się świadomie, „ok, politycy bierzcie nasze pieniądze w zamian za to, że zapewnicie nam te usługi”. Czy jest możliwe, że ta usługa edukacyjna (czyli coś co jest tak naprawdę dla każdego rodzica najważniejsze, czyli zapewnienie edukacji i opieki mojemu dziecku) – czy jest możliwe, żeby państwo robiło to efektywnie?

K: Po pierwsze nie wierzę w to, że ludzie wiedzą co i ile jest nam zabierane. Po drugie nie wierzę, by ktokolwiek normalny się na to zgodził. Dziś każdy sobie jedzenie kupuje sam i nikt nie zgodziłby się, by płacić urzędnikowi 1000 zł miesięcznie, by ten urzędnik zapewniał nam jedzenie. Oczywiście z różnych powodów. Przede wszystkim dlatego, że sami wolimy wybierać co jemy, sami wolimy zarządzać własnymi pieniędzmi itd. Jestem przekonany, że gdyby tylko ludzie znali prawdę, jak działa system edukacji i ile kosztuje,  woleliby płacić sami nauczycielom. I społeczeństwo płaciłoby dużo mniejsze pieniądze, podczas gdy nauczyciele zarabialiby więcej. Dodatkowo, można by było samodzielnie wybrać szkołę, nauczyciela, program nauczania itd.

A druga sprawa, należy rozróżnić dwa zjawiska, które mają miejsce. Wpaja nam się hasło, że jest to bezpłatna edukacja. Ale proszę zauważyć, że finansowanie edukacji za pośrednictwem państwa, czyli nazwijmy to, solidarnościowe finansowanie edukacji, to jest zupełnie co innego, niż centralnie sterowany „program gwałcenia młodych umysłów”.

Taki centralny program nauczania, to jest zupełnie osobne zjawisko. Wyobrażam sobie państwo – na potrzeby tego kompromisu, w którym ludzie zgadzają się oddawać pieniądze państwu, by to finansowało i organizowało edukację. Ale nawet w takiej sytuacji nic nie stoi na przeszkodzie,  by istniało również szkolnictwo prywatne! Wówczas to rodzice wybierają szkołę dla swoich dzieci, program nauczania, to czego mają się uczyć itd.

Zresztą, jestem przekonany, że wszystko się sprowadza tak naprawdę do pieniędzy. I że wszystkie nasze obawy dotyczące tego „jakby to było, gdyby nie państwowa edukacja”, wynikają z tego, że wydaje nam się, że te usługi byłyby za drogie. Gdybyśmy mieli dostęp do zarobionych przez nas pieniędzy, to byłoby nas na wszystko stać i nigdy w życiu nie oddalibyśmy żadnej sfery swojego życia w ręce państwa.

Problem polega na tym, że „jesteśmy biedni”, ponieważ państwem rządzą politycy, ludzie niegodziwi, którzy pod pretekstem różnych rzeczy, zabierają nam pieniądze. Powtórzę raz jeszcze, nie brakuje pieniędzy ani na edukację ani na służbę zdrowia. Tych funduszy brakuje dlatego, bo pod różnymi pretekstami, politycy hapią pieniądze dla siebie, dla kolegów z partii i innych gangów poukładanych w spółkach skarbu państwa i innych instytucjach.

Podam przykład. Załóżmy, że dziś wszyscy wiemy, że pączek kosztuje około 2zł, tak?  Więc państwowe pączki sprowadzały by się do tego, że ja, jako urzędnik zabierałbym pod przymusem od ludzi 10 zł każdego dnia i w zamian za to, gwarantował każdemu jednego pączka dziennie. Tymczasem żaden obywatel nie wiedziałby, ile tak naprawdę kosztuje początek. Co więcej, ludziom wydawałoby się, że pączki są darmowe, podczas gdy przepłacaliby 5 razy! A ja (urzędnik) kupowałbym pączki za 2 zł, a za resztę zrobiłbym sobie Ministerstwo do spraw Pączków, zatrudniłbym swoich znajomych na ciepłych posadkach, dał im 6-10 tysięcy złotych, plus odprawy, plus pączki. I tak dziś działamy. Dopóki ludzie tego nie zauważą, to niestety będą się pojawiać takie przekonania, że istnieje „darmowa edukacja”. A dopóki mamy takie przekonania, takie złudzenia, nie będziemy w stanie tego zmienić.

A: No dobrze. A co jeśli rodzice sami wybieraliby szkołę, program nauczania, i nie robiliby tego „dobrze”? Mówi się przecież, że są też rodzice nieodpowiedzialni, którym jeśli da się wolną rękę, to mogą skrzywdzić dzieci, bo jedne będą wykształcone lepiej a drugie gorzej. A państwo jednak gwarantuje edukację dla wszystkich jednakową?

K: Dobrze zaczęłaś. Państwo uczy dzieci jednakowo, jednakowo źle. Jeżeli ktoś chce mi powiedzieć, że dzisiaj ludzie są dobrze wykształceni, że szkoła dobrze przygotowuje ludzi do życia, to chyba nie żyje w Polsce, albo jeszcze nie zaczął żyć samodzielnie. Bo gwarantowane wykształcenie przez szkołę to fikcja. Centralnie sterowany system edukacji, produkuje masy kompletnie nie przygotowanych do życia ludzi. A to pytanie, które zadałaś, błędnie zakłada, że teraz jest pięknie, a my to chcemy zepsuć.

Wystarczy się rozejrzeć. Przecież wszyscy chodziliśmy do szkół, mamy znajomych, których dzieci chodzą do szkół. Chcemy to zmienić, bo nie jest idealnie. Jeśli ktokolwiek uważa, że ktoś inny niż rodzic, osoba która musi się naszymi dziećmi zająć, zrobi to lepiej niż rodzic – to chyba nie ma własnych dzieci. Ja mam dzieci, i – oczywiście – nie jestem idealnym rodzicem, pewnie dużo rzeczy nie wiem, ale wystarczy ktoś, kto chce mi pomóc i powie jak to robić lepiej. Ale nikt mi nie powie, że jeśli ktoś przymusem zabiera moje dzieci z domu i uczy je wbrew mnie, to jest to dla moich dzieci dobre. To jest jakiś wymysł, którego zupełnie nie rozumiem, i z którym kompletnie się nie zgadzam.

A: A teraz takie pytanie antysystemowe. Zarzuca się, że szkoła służy wyłącznie do tego, by wychować dzieci w konformizmie, by wychować posłusznych obywateli. Czy Twoim zdaniem, jest to kolejna teoria spiskowa, czy jest w tym ziarno prawdy?

K: Wystarczy sobie odpowiedzieć na pytanie: skoro program nauczania jest centralny, ustala  go władza, to na czym może jej zależeć? Zakładając z doświadczenia, jakiego sortu są to ludzie, patrząc choćby na ostatnie afery korupcyjne czy „taśmy prawdy”. Wystarczy odpowiedzieć na to pytanie: czego władza może chcieć nauczyć swoich obywateli?

A: No właśnie. Czego?

K: To jest logiczne. Władza chce sobie wyhodować, wyedukować, posłusznych sobie obywateli. Tak postrzega nas władza. Każdy, gdyby miał wpływ na to czego uczy się dzieci, też chciałby, by byli to ludzie, którzy będą tę władzę szanować, poważać i  spełniać ich oczekiwania. Bo po co sobie utrudniać rządzenie.

A: No ale przecież są obywatele, którzy wierzą w to, że politycy, owszem, chcą mieć władzę i chcą się przy niej utrzymać. Ale jednocześnie, chcą wychować obywateli radzących sobie samodzielnie, którzy będą mieli świetną pracę, świetne wykształcenie, będą wspierać gospodarkę, dzięki temu będzie prosperita i bogate państwo.

K: Cóż ja mogę poradzić na to, że ktoś wierzy politykom? Przecież afery, o których mówię, nie są tajne. Wystarczy się zainteresować, dowolnego dnia poszperać trochę w internecie czy prasie, żeby znaleźć informacje obnażające prawdziwą naturę ludzi, z  którymi mamy do czynienia. Okazuje się wtedy, że jesteśmy bezczelnie oszukiwani, mamieni i manipulowani. Jeśli ktoś w takich okolicznościach przyrody, że tak to ujmę, nadal wierzy politykom, to przykro mi, ale żadne mądre słowa tego nie zmienią. Warto też zastanowić się, kto się pcha do polityki? Albo raczej, jak kończą ci, którym uda się dojść daleko? Są to ludzie najniższego szczebla, bo władza korumpuje, deprawuje – po prostu taka jest zachęta, tam warto być nieuczciwym.

A: Jest sobie rodzic, który niespecjalnie interesuje się polityką. Porównuje dzisiejszą Polskę do PRL i widzi, że jest lepiej. Nie widzi nic złego w szkole, bo szkoła uczy pisać i czytać, wszystkie dzieci idą na studia, a co drugie zna angielski. Czy z tymi rodzicami, którzy do tej pory (albo nadal), nie widzą w polityce i w systemie edukacji niczego złego, czy z nimi jest coś nie tak? Czy to znaczy, że są głupsi, skoro tego nie zauważali, albo nie zwracali na to uwagi?

K: Proszę państwa, to nie ma nic wspólnego z głupotą, ani z inteligencją. Każdego można oszukać. A jeśli się kogoś oszukuje, to zawsze jest wina oszusta! A nie tego, co został oszukany. Po drugie, nikt z nas nie rodzi się mądry, każdy z nas rodzi się malutki, golutki, i oczywistym jest, że nasza wiedza o wszechświecie wynika z naszego otoczenia. Jeśli więc rodzimy się w państwie, w którym jest publiczna edukacja, to od dziecka jesteśmy przystosowani do życia w tym matrixie. A oszust na niemal każdego znajdzie sposób.

Każdy oszust na początku mówi piękne słówka, mówi to, co chcemy usłyszeć. A zwykły człowiek, patrzy na innych przyjaźnie. Nikt z nas nie zakłada, że spotka się z oszustem, tylko zakłada dobrą wolę. I jest to bardzo dobre, bardzo pozytywne, do czasu, aż ktoś tego przeciwko nam nie wykorzysta.

Nie wolno sobie niewiedzy wyrzucać, czy się tego wstydzić, bo to nie świadczy o niczyjej głupocie. Mam nawet takie powiedzenie, „wszyscy kiedyś byliśmy lemingami”. Każdy z nas rodzi się „lemingiem” w tym sensie, że trwa w państwowej edukacji od dziecka, ogląda telewizję od dziecka i jedyne co z tym można zrobić, to się w którymś momencie obudzić. Otworzyć oczy na to, jak potężna hipokryzja nas otacza, szczególnie ze strony władzy i mediów. I nie ma czego się wstydzić, bo nie ma innej drogi. Każdy z nas przez to przechodził i co najwyżej udało mu się dostrzec pewne zabiegi i procesy. I o to chodzi, żeby się dowiedzieć, jeśli się do tej pory nie wiedziało. By się obudzić i poszukać prawdy.

A: W takim razie życzymy wszystkim czytelnikom, aby poszukiwali dalej informacji, poszerzali zasób wiedzy i podejmowali odpowiednie kroki. Bo może kiedyś w naszym kraju będzie lepiej, może ta edukacja będzie wyglądać przyzwoicie.

K: Trzeba uprzedzić wcześniej, że taka pobudka to nie jest nic przyjemnego. Naprawdę,  kiedy człowiek się budzi, to zdaje sobie sprawę, że całe życie był oszukiwany.Wszyscy to przeżywaliśmy i to nie są miłe chwile. To nie jest naprawdę nic przyjemnego, ale bez tego nadal będziemy oszukiwani. Wybudzenie się, jest jakby odzyskaniem świadomości tego co nas otacza. Tego jacy ludzie nami rządzą. Im prędzej wszyscy zdamy sobie z tego sprawę, tym lepiej dla wszystkich.

A: To jeszcze ostatnie, takie miłe pytanie. Twoje dzieci, każde na innym etapie, wchodzą właśnie w proces edukacji. Jakie rodzicielskie uczucia towarzyszą Tobie przy tej okazji?

K: Pamiętam jak pierwszy raz, pierwsze dziecko odstawialiśmy do przedszkola. Wróciłem do domu i wtedy właśnie zdałem sobie sprawę, że moje dziecko rozpoczyna zupełnie swoje życie. Zaczyna się taki etap w jego życiu, beze mnie, bez nas, rodziców. I to było przerażające, bo dziecko dotychczas zawsze było w domu, a my z nim, więc jakby nasze życie było „wspólne”. A teraz, od tej chwili właśnie, oddałem je obcym ludziom pod opiekę i teraz wszystkie przeżycia jakich ono dzisiaj doświadczy, to będą przeżycia w których nie uczestniczymy. Możemy jedynie wysłuchać potem opowieści, ale nas przy tym nie będzie. I to uczucie, jak pamiętam, bardzo długo nie dawało mi spokoju. To było przerażające, że coś ważnego mnie omija.

A: Z drugim dzieckiem jest łatwiej?

K: Łatwiej o tyle, że to nie jest dla rodzica taki szok. Zresztą, niczego nie da się przeżyć dwa razy po raz pierwszy, więc jest o tyle łatwiej. Ale naprawdę trudno jest się z tym pogodzić, bo człowiek tak kocha swoje dzieci, że chciałby chłonąć każdą chwilę ich życia. Cieszyć się każdą z tych chwil. Wszystko to, co robią po raz pierwszy, to co poznają po raz pierwszy, to jak  się uczą, jak dowiadują się czegoś, jest niesamowicie fascynujące. Cóż, są to trudne chwile dla rodzica, ale jest to naturalne, taka kolej rzeczy.

A: Czy planujesz też trochę na własną rękę trochę edukować swoje dzieci? A jeśli tak, to w jakim zakresie? Historycznym, politycznym?

K: Akurat z historią mam problem, niestety. Nie miałem wcześniej chęci do nauki akurat historii, czego bardzo żałuję. Łatwo mi to dziś zwalić na nauczycieli, ale to nie jest wyłącznie ich wina 🙂 Z historii jestem noga po prostu.

A: Spokojnie, możemy to wyciąć 🙂

K: Po co wycinać. Szkoda, że z historii dzieciom nie pomogę, chyba, że sam z nimi będę się uczył historii. To jest dobry pomysł, bo chciałbym nadrobić braki.

A: Myślałam raczej o takim zakresie, którego szkoła nie nauczy. Tej podstawy wobec systemu, takiego nonkonformizmu czy jasnego myślenia. Bo rodzic uczy swoje dzieci, niezależnie czy zdaje sobie z tego sprawę, czy nie. Więc nie chodzi o to, żeby robić jakiś domowy program nauczania, a raczej o naukę tego prawdziwego „życia”.

K: O tak, tak najlepiej uczyć, bo dzieci same z siebie chłoną to, czego zachowaniem i postawą uczy rodzic.

A: Z tego co wiem, Twoje dzieci oglądały już jakieś Twoje filmiki?

K: Nie wiem czy oglądały, ale na pewno kojarzą. Jak umieszczam filmiki na kanale,  to każdorazowo je potem odtwarzam i sprawdzam czy wszystko jest w porządku, więc siłą rzeczy, gdzieś tam dzieci oglądają. Czasem wtedy krzyczą „ooo, podziemna tv” 🙂

A: Tata w telewizji!

K: Na razie w komputerze.

A: Bardzo dziękuję Ci za ten wywiad, mam nadzieję, że zarówno Twoim widzom jak i moim czytelnikom przypadnie on do gustu. Podoba mi się, że wszystko o czym mówisz, starasz się wytłumaczyć. Mam też nadzieję, że widzom PodziemnaTV, którzy przyzwyczajeni są widywać Cię raczej w sytuacjach oficjalnych, spodoba się wzmianka o Konradzie – tacie 🙂

K: Z tego założenia wychodzę, robiąc to co robię. Prawdę na temat podstaw gospodarki i funkcjonowania państwa można ludziom pokazać i wyjaśnić. Gdybym w to nie wierzył, to bym tego nie robił. Pozostaje tylko dotrzeć z tym do większego grona ludzi.