Polak mądry po szkole…

Kilka dni temu informowałam Was na facebooku o zbliżającej się konferencji „Polak mądry po szkole”. Cóż, już po konferencji, a Ty właśnie czytasz mini relację z tego wydarzenia.

Generalnie nie mam dobrego zdania o tego typu konferencjach. Bo to jak tuszowanie wielkiego pryszcza. Pryszcz jest tak obrzydliwy i wielki, że nie da się już go ukryć. Przykryjmy go więc podkładem matującym, pudrem w kamieniu i na koniec jeszcze trochę pudru matującego. O! Dokładnie tak dzieje się na konferencjach, w trakcie których rozmawiamy o problemach związanych z systemem szkolnictwa. Zaprasza się zacne grono, które rozmawia na zacne tematy i prawią „och jakie te problemy są problemowe”. Wszyscy sprawiają wrażenie jakby się przejmowali, a obserwatorzy myślą, że skoro tak debatują to ROZWIĄZYWANIE tych problemów na pewno jest już w toku. A no nie jest. Bo to znowu, jak z tym pryszczem – jak już zatuszowaliśmy, to czekamy aż sam zniknie, bo przecież i tak nie wiemy jak wyleczyć coś takiego. Nie mam więc dobrego zdania, bo takie konferencje są zwykle stratą czasu i nie przynoszą r o z w i ą z a ń. Czyli tego co tak naprawdę jest nam potrzebne.

A tymczasem na owej konferencji było odrobinę inaczej. Co prawda nie było rozwiązań, ale był potencjał. Co się działo?

1. Cel spotkania.
Ani goście, ani prelegenci, ani nawet organizatorzy nie wiedzieli po co się tam spotykają. By porozmawiać o tym czy szkoła spełnia swą funkcję? Czy podręcznik darmowy jest dobry czy zły? Czy zła edukacja nauczycieli jest problemem? Nikt nie wiedział, więc każdy mówił o czym chciał i tak jakoś zleciało tych kilka godzin.

Co ciekawe na zaproszeniu napisano, że celem jest „prezentacja innowacyjnych kierunków polskiej edukacji”. To ja chyba inaczej rozumiem słowo innowacja. Albo organizatorzy zastosowali jakiś specyficzny rodzaj selekcji negatywnej. Albo zapomnieli dopisać końcówki zdania „prezentacja innowacyjnych kierunków polskiej edukacji, w ramach jedynego słusznego systemu pruskiego, którego wyznawcami będziemy do końca życia, hej”.

2. Elementarz.
Przyjechały autorki jednego, cudownego i wspaniałego podręcznika, Maria Lorek i Lidia Wollman. Początkowo myślałam, że to będzie jakaś niemiła promocja, ale się myliłam. Panie były bardzo miłe, sprawiały wręcz wrażenie, jakby chciały się trochę tłumaczyć, że wiedzą, iż  pomysł jednego podręcznika jest słaby, ale sam podręcznik jest bardzo ładny i tworząc go się bardzo starały.

3. Plan daltoński.
Swoją prelekcję wygłosiła Pani Anna Sowińska i to była jedna z ciekawszych rzeczy na całej konferencji. Po pierwsze, Pani Anna jest dyrektorką szkoły, która realizuje program korzystając z metody planu daltońskiego. Niestety sama Pani Ania mówiła, że 20 minut, które otrzymała nie wystarczyły nawet na liźnięcie tematu. Pokazała więc kilka zdjęć, zaprosiła do siebie do Łodzi i tyle. Na szczęście udało mi się porozmawiać z nią już po wszystkim i dowiedziałam się, iż: 21 czerwca we Wrocławiu odbędzie się wydarzenie poświęcone szkole daltońskiej (będę jeszcze informować Was na fanpage’u).

4. Ciekawostka.
Swoją szkołę opisała również Pani Ewa Radanowicz, dyrektor Zespołu Szkół Publicznych w Radowie Małym, która również wprowadziła innowacje do nauczania. Stosuje metodę nazwaną ‚metoda wrocławskiej szkoły przyszłości’. Pojedyncze pomysły bardzo ciekawe, ale zastosowane w systemowy sposób, który utrudnia osiągnięcie rezultatów. Na szczęście każdy mógł podpatrzeć coś dla siebie i skorzystać z pomysłowości pedagogów w szkole Pani Ewy. Znowu – pomysł na prelegenta dobry, ale czuję niedosyt. Gdzie mam szukać informacji, skąd nauczyciele mają czerpać wiedzę, do kogo się zgłosić, co przeczytać, nad czym działać? Nie wiem.

5. Bogusław Śliwierski.
Gwiazda wieczoru, facet, którego bardzo szanuję i którego książki pochłaniam. Miał być, ale go nie było. Ciekawe, czy jego nazwisko na ulotkach to tylko chwyt marketingowy czy naprawdę coś Panu Bogusławowi wypadło;)

6. I na sam koniec (ale ostatni będą pierwszymi) mistrz ciętej riposty.
Wystąpił również bardzo niepozorny (dla mnie do tamtej chwili zupełnie anonimowy) Pan Marcin Przewoźniak. Pisarz, poeta, pedagog z Warszawy. Na jego przemówieniu bawiłam się najlepiej, bo mamy podobne poczucie humoru. Ale przede wszystkim Pan Marcin prawił mądrze. I cechował go jeden istotny element, jaskrawie odróżniający się od reszty zgromadzonych. Brak obłudy, brak mowy trawy pod publiczkę, cięte komentarze rzucane w samo sedno problemu. Ja tylko powiem: brawo! Poniżej zdjęcie mojej skromnej osoby wraz z Panem Marcinem a jeszcze niżej niespodzianka. Całe przemówienie, które wygłosił! Pan Marcin był tak miły, że udostępnił mi tekst swojego przemówienia i zezwolił na publikację. Pozwoliłam sobie pogrubić fragmenty, które z mojej perspektywy są szczególnie warte podkreślenia. Zrób więc sobie herbatę i życzę dobrej zabawy.

 SAMSUNG

„Mistrz i Księga pilnie poszukiwani” Marcin Przewoźniak

Dzień dobry Państwu!

Oczywiście łatwiej wygłaszać recepty na dobrą szkołę niż je realizować. I tym większa chwała wszystkim, którzy realizować je próbują. Moim marzeniem i postulatem jest, by polska szkoła kształciła skutecznie – bo chodzi o naszych najmłodszych obywateli i przyjemnie – bo to jeszcze dzieci. Ale aby to się spełniło, aby Polak był mądry po szkole, trzeba spełnić dwa podstawowe warunki. Mieć świetnych nauczycieli i dobre podręczniki. Jeśli zgromadzimy te dobra rzadkie, w jednym czasie i miejscu, sam proces nauczania może odbywać się gdziekolwiek i nawet modne tablice interaktywne nie będą już potrzebne. Pozwolę więc sobie na nieco krytyczne spojrzenie na owe dobra rzadkie.

Nauczyciele jako grupa zawodowa obdarzona wyjątkowym kredytem zaufania i wyjątkowymi oczekiwaniami społecznymi są już chyba przyzwyczajeni do krytyki pod swym adresem. Może więc zechcą wybaczyć kamyczek, który dorzucę do ich ogródka. Nie chcę generalizować. Są w tej grupie, tak jak w każdej innej grupie zawodowej, mistrzowie-wirtuozi, są zwyczajni, porządni rzemieślnicy tej branży, jak i pewna grupa pedagogów z przypadku, wręcz z kolosalnej życiowej pomyłki. Niezależnie od tej typologii jednak – całe środowisko cechuje niestety wysoka skłonność do konformizmu czego wyrazem jest popularna, bezpieczna strategia: „realizuję – program – nauczania – i – nic – więcej”. Szczegółowych badań na ten temat nie będę przytaczać, ale literatura problemu konformizmu pedagogów i baza artykułów jest dość obszerna i dostępna nie tylko w Internecie.

Popełniłem kilka książek, które się w szkołach świetnie odnajdują, o ile nauczyciele mają odwagę z nich skorzystać. Wymienić mogę choćby zbiór nietypowych dyktand, Poradniki Skauta i Ucznia, książkę na temat Mikołaja Kopernika. Wiele znajomych osób próbowało zainteresować nimi nauczycieli swych dzieci. Bezskutecznie.

Próbowali też, jak to nawiedzeni rodzice, podpowiadać nauczycielom fantastyczne materiały edukacyjne, np. z zakresu wychowania ekologicznego, komunikacyjnego, itp. Materiały nauczania brytyjskie i francuskie – oferowane wraz z tłumaczeniem! 9/10 nauczycieli odmawiało z obawą, że wykorzystanie czegoś takiego nie będzie dobrze przyjęte. Że trzeba by to najpierw skonsultować z dyrekcją, itp. generalnie: „lepiej nie”.

Nie chcę generalizować, ale to jest przykład na to, że większość nauczycieli cechuje naturalny odruch obronny „nie wychylać się” i niechęć do wyjścia poza przewodnik metodyczny i podręcznik.

Nie jest to dobra cecha, ponieważ teraz przejdę do podręczników. A jako, że biorę czynny udział w powstawaniu niektórych, przyznam – i niech mi wydawcy wybaczą – że nie zawsze są one idealne. I bynajmniej nie chodzi o cenę, choć przyznajmy, nie są tanie, bo poeta, który zarobi sto złotych za zamieszczony tam wiersz jest tylko jedną z setek osób biorących udział w powstawaniu tego dzieła. Dlatego tak ważne jest, by w szkole, po której Polak ma być mądry, nauczyciel uzupełniał podręcznik tam, gdzie wydawca nawalił, a podręcznik powinien uzupełniać niedostatki wiedzy i talentu nauczyciela, o ile takowe występują. I to jest niestety, utopia.

 

Perypetie z podręcznikiem dla klas 3, w którym znalazłem kilkanaście co najmniej bzdur, przeinaczeń, błędów i niewybaczalnych potknięć autorów i recenzentów.

Perypetie z wydawcą

[dopis godmother: Pan Marcin znalazł wspomniane błędy w podręczniku syna i napisał maila do wydawcy.]

Szef zespołu autorów, pohańbiony na dumie zawodowej i zirytowany, odpowiedział, że „to jest świetny podręcznik, ma znakomite recenzje i jest bardzo dobrze przyjęty przez nauczycieli i uczniów. Czego się Pan czepia?”

Odpowiedź pisemnie i szczegółowo, wyszło kilka stron uwag. Mapy, teksty, podpisy pod zdjęciami, itp.

Wtedy odpowiedź mailem przyszła taka: „no wie pan, to pierwsze wydanie, powstawało w pośpiechu, mogliśmy to i owo przeoczyć, ale w dodruku, w II wydaniu wszystko to poprawimy.” Szkoda, że moje dziecko dostało jednak to wydanie i na tym wydaniu miała pracować nauczycielka…

Perypetie z panią w szkole.

[dopis godmother: tu Pan Marcin wziąwszy ów księgę  w dłoń, pokazywał i opisywał szczegółowo absurdy podręcznikowe. By zaradzić jakoś sytuacji, skoro syn ma się z niego uczyć, postanowił udać się do nauczycielki, by prostowała błędne informacje.]

Proszę przynajmniej sprostować oczywiste głupstwa. Zygmunt III, Syrenka w kształcie…, najstarszy wieżowiec – Pałac Kultury, itp. tekst o drodze z czternastokrotnym użyciem słowa „droga” w trzynastu zdaniach. Grób Nieznanego Żołnierza. Fałszywy Antek Rozpylacz.

Odpowiedź: To nie należy do moich obowiązków. Nie jestem upoważniona, żeby zmieniać treści podręczników i programów nauczania.

Nie zmieniła niczego.

Dwa lata później zapoznaliśmy się z jej koleżanką, panią od przyrody i ona zakreśliła nowe horyzonty trzymania się materiału szkolnego: konsekwentnie w V i VI klasie tępiła uczniów za korzystanie z innych źródeł niż podręcznik, z którą trzeba było handryczyć się o uznanie nadprogramowej, dodatkowej wiedzy, jaką bezczelna gównarzeria zyskiwała poprzez kontakt z Internetem, książkami, atlasami przyrody, itp. Mam nadzieję, że taka nauczycielka trafia się jedna na 1000 i że po prostu mieliśmy wyjątkowego pecha. Ale chyba jednak nie bez przyczyny 52 proc. uczniów uważa, że posiadanie innych poglądów, niż ma nauczyciel, jest niepotrzebnym ryzykiem;

Tak więc, wychowawczyni mojego syna, skądinąd dobry pedagog i dobry metodyk, pracująca w dużej, masowej i niezłej szkole w Warszawie, odmówiła prostowania jakichkolwiek informacji, ba – jakichkolwiek głupstw zawartych w podręczniku. Dla niej to była świętość. Kropka. Tak napisali, znaczy tak ma być. Ona nie jest do tego upoważnionaWydawać by się mogło, że do pewnych rzeczy upoważnia nas rozum, doświadczenie, mądrość… Ale nie w szkole.

W związku z tym 25 dzieci nauczyło się, tego: jak ma być, a mój syn był douczany w domu, jak jest naprawdę.

Skoro tak jest w Warszawie, proszę sobie teraz wyobrazić zestrachaną panią nauczycielkę ze szkoły w Wilkowyjach, która ma wójta, proboszcza oraz naczelnika gminnego wydziału oświaty na wyciągnięcie ręki. Otrzymujemy absolutny stupor, paraliż decyzyjny i umysłowy.

Tu pozwolę sobie zacytować głos z jednego z nauczycielskich forów:

Każda próba dyskusji z paniami od zintegrowanego kończy się hasłem „bo przewodnik metodyczny tak podaje”. To gdyby ktoś przez pomyłkę drukarską w przewodniku metodycznym kazał skoczyć z okna…

Tymczasem podstawą pracy dydaktycznej nauczyciela nie jest podręcznik i poradnik metodyczny, tylko PODSTAWA PROGRAMOWA! Dobry nauczyciel, mając dziś do dyspozycji nowoczesne technologie informatyczne, powinien tym bardziej wskazywać uczniom, jak i gdzie mają poszerzać wiedzę i wprowadzać takie elementy do swoich zajęć.

A jednocześnie… gonimy w szkole za realizacją programu, ćwiczymy testy, ścigamy się na punkty w rankingach szkół, testami i zero-jedynkowymi odpowiedziami zastępujemy szereg figur intelektualnych, które uczeń powinien w toku nauczania wykonywać.

W latach 2009-2011 echo tego prymitywizmu edukacyjnego znalazło się w książce raporcie ”Dziecko w szkolnej rzeczywistości” pod red. pedagoga prof. Haliny Sowińskiej z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Badania sfinansowało Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

Czytamy tam, że szkoła zamyka najmłodszych w klasach i zmusza do wypełniania kart pracy. A to prowadzi do ”pogwałcenia natury dziecka” i ”szkodzi jego rozwojowi”. – Jeśli dziecko w szkole nie może samodzielnie myśleć i odkrywać świata, bo tylko odpowiada na pytania, tak jak sobie życzy nauczyciel, to czy nie jest to zniewolenie umysłów? W szkołach nie ma zgody, aby uczeń popełniał błędy i się na nich uczył – podkreślała prof.  Sowińska.

Wtóruje jej psycholog rozwojowy dr Witold Ligęza z Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie prowadzi szkolenia dla nauczycieli: – Powinni być autorytetami, a nie władcami autorytarnymi z monopolem na wiedzę.

A tymczasem dzieci w pierwszych klasach podstawówki często cofają się w rozwoju (karty pracy hamują rozwój ucznia, a nauczyciel często nie patrzy, co dziecko potrafi, tylko uczy klasę według tego samego szablonu). Dzieciom zafundowano zeszyty ćwiczeń, do których wpisują gotowe odpowiedzi. Nie uczy się ich myślenia, a szkoła nie zaspokaja ich naturalnej potrzeby odkrywania świata.

Skoro szkoła w tym stylu goni za sukcesem powinniśmy właśnie!!! zapewnić dzieciom i nauczycielom (zwłaszcza tym oportunistycznym!) chociaż taką opokę, jaką jest mądry, dobry, intelektualnie bez zarzutu podręcznik. Czyli księgę z autorytetem. Jakąś stałą, stały ląd pod stopami, kiedy wkoło rozszalałe fale. Tylko czy to ostatnie jest w ogóle możliwe?

I teraz, skoro gościmy panią Marię Lorek, główną bohaterkę rządowego thrillera pod tytułem „Darmowy podręcznik”, pozwolę sobie nawiązać w kilku słowach do jej dzieła. Nie zamierzam go recenzować ani krytykować za prawdziwe lub wydumane błędy, albowiem czyni to na okrągło sześć tuzinów autorytetów wszystkich możliwych specjalizacji. Wierzę, że spełnia on wszystkie rygorystyczne wymogi, jakie MEN narzucał do tej pory wydawcom. Choć nie odmówię sobie spostrzeżenia, że wśród konsultantów merytoryczno-dydaktycznych jedynie słusznego „Elementarza” państwowego znalazłem nazwisko osoby, która wcześniej zapewniła MEN i świat cały, że ten[dopisek godmother: ten, czyli podręcznik syna o którego była cała wcześniejsza afera] podręcznik spełnia wszystkie kryteria. Innymi słowy tego gruchota dopuściła do ruchu.

W mojej opinii „Elementarz” ma otóż jedną zasadniczą wadę – że w ogóle powstał właśnie jako jedynie słuszna księga. Tymczasem z wydawaniem państwowych jedynie słusznych podręczników jest jak z organizacją zimowych olimpiad – to się może udać tylko w kraju totalitarnym. Gdzie władza robi co chce i jak trzeba to wysiedli kogo chce i kiedy zechce i zbuduje co chce i wyda co chce. I ma być cicho. Nikt nie krytykował „Elementarza” Falskiego czy „Liter” Przyłubskich, przynajmniej przed 1989 rokiem, prawda? Tymczasem w naszej radosnej odmianie  demokracji – realizujemy co krok hasło, że „musi, to na Rusi, a w Polsce jak kto chce”. Dlatego powstaje na naszych oczach jedynie słuszny podręcznik, który jest codziennie bezlitośnie młócony ze wszystkich stron. I młócony będzie jeszcze bardziej, kiedy realnie trafi do szkół.

Akcja „Cała Polska czyta dzieciom” zmieniła  się w „Cała Polska pisze dzieciom elementarz”. Czy ma być tam więcej wsi? Czy model rodziny powinien być tradycyjny, ze spracowanym matczyskiem zaczynającym dzień od prania, zupy i pastowania podłóg czy nowoczesny – z mamą – inżynierem i ojcem na urlopie tacierzyńskim? Babcia powinna pracować czy wystarczy jeśli pozostanie – razem z paprotką – tłem na obrazkach przedstawiających życie rodzinne? Ma być bardziej czy mniej kolorowo? Więcej czy mniej szczegółów na stronie? Przecież pani Maria Lorek dostaje takich postulatów tysiące. I absolutnie nie jest w stanie odnieść się rzeczowo nawet do połowy z nich.

Chcę przez to powiedzieć, że do tej pory mieliśmy X podręczników, a więc teoretycznie jakiś wybór. Czasem wybór zły, ale wybór… Teraz mamy mieć jeden – tylko że nadal, albo wręcz – tym bardziej zero pewności, czy on jest naprawdę dobry, skoro wszyscy krytykują. Czy jest to więc dobry klimat do prezentowania jedynie słusznej książki, która miała być takim najwyższym, ostatecznym książkowo-edukacyjnym autorytetem? I czy to jest komfortowa sytuacja dla nauczyciela, który nagle ma pracując z taką książką „wykazać się inwencją”, w której niewykazywaniu się osiągał do tej pory znaczne sukcesy?

Wróćmy do tej wychowawczyni mojego syna i do naszej zestrachanej nauczycielki z Wilkowyj. Jeżeli w jedynie słusznym podręczniku pani Marii Lorek znajdzie się, przepraszam za surrealistyczny przykład, że 2 + 2 = 7, to tak będzie na lekcji. Nauczycielka jakoś wybrnie i nauczy tak: 2 + 2 = 4 plus trzy w pamięci. Ale finalnie 7! Sorry, taki mamy klimat.

Pojawia się w związku z tym nieco banalne pytanie: czy jeśli doczekamy się jednego podręcznika państwowego na każdym etapie nauczania, to wolno będzie korzystać z czegoś jeszcze? Czy nauczyciel będzie mógł wskazywać uczniom inne źródła wiedzy, czy też stanie się humanoidalnym interfejsem do jedynej dozwolonej księgi? Czym ma być taki jedynie słuszny podręcznik? Całym światem czy jedynie wstępem do świata? Czy to mają być „Nowe Ateny” księdza Chmielowskiego czy też punkt wyjścia do dalszych, wspólnych z Nauczycielem – Mistrzem peregrynacji?

I teraz…ostatnie zdanie. Nasze szkoły uwielbiają się szczycić Edukacyjną Wartością Dodaną. Liczoną wedle kosmicznych wzorów. Nikt niestety nie podliczy Edukacyjnych Wartości Straconych – straconych właśnie przez konformizm, przez głupie podręczniki, przez niechciajstwo, przez eksperymenty edukacyjne i organizacyjne. Chcę powiedzieć, że wspólnymi siłami rządu, narodu, wydawców i diabli wiedzą kogo jeszcze, rozkołysaliśmy szkołę, jak łódkę na środku jeziora. I ktoś powinien powiedzieć: stop! Koniec szaleństw, zabieramy się za wiosłowanie. I mam nadzieję, że tym kimś będą nauczyciele, którzy nie boją się być Nauczycielami przez wielkie N. Ci, których szukamy, by się ujawnili. I oby umieli znaleźć sobie do pomocy mądre księgi.

Marcin Przewoźniak, 2014

P.S.

Problem kardynalnych błędów w polskich podręcznikach poruszali zresztą m.in.: prof. Bogusław Śliwerski, a także dr Anna Jurek z Opola, prof. Krzysztof Konarzewski. A także: Marek Urban, historyk, nauczyciel historii (na swoim blogu), Irena Trzcieniecka-Schneider (Polska Akademia Umiejętności), Ewa Swoboda – uniwersytet Rzeszowski

PS. PS.

Wyjaśniam, czemu organizatorzy pozwolili mi zabrać głos podczas konferencji.

Moje życie osobiste, twórcze i zawodowe związane jest nierozerwalnie ze szkołą i szkolnictwem. Jako absolwent wydziału pedagogicznego Uniwersytetu Warszawskiego i świeżo upieczony nauczyciel poznałem szkołę od przysłowiowej kuchni, jako dziennikarz przez kilkanaście lat specjalizowałem się w problematyce oświatowej – od sejmowych ustaw po reporterskie interwencje. Jako pisarz i poeta od 22 lat tworzący dla dzieci współpracuję z kilkoma wydawnictwami edukacyjnymi tworząc dla nich utwory literackie. Wreszcie odbywam bliskie spotkania trzeciego stopnia ze szkołą jako rodzic tegorocznego szóstoklasisty.