Ekonomia edukacji – debata publiczna

Zostałam skutecznie sprowokowana do tego rodzaju artykułu. 28 stycznia br. odbyła się w Poznaniu bardzo ciekawa debata zorganizowana przez Projekt:Polska. Głównymi gośćmi w debacie byli dr Daria Hejwosz-Gromkowska (Uniwersytet im. Adama Mickiewicza) Krystyna Łybacka (posłanka SLD, była minister edukacji narodowej i sportu) oraz Piotr Stasiak (były dyrektor i twórca Centrum Kształcenia Praktycznego w Poznaniu).

Naprawdę warto się od czasu do czasu wybrać na takie wydarzenie, co najmniej z dwóch (wzajemnie wykluczających się) przyczyn:

– Z nieukrywaną przyjemnością odkryłam, że w Polsce są jeszcze racjonalni i postępowo myślący młodzi ludzie

– Z nieukrywaną przykrością odkryłam, że tym właśnie ludziom generalnie brak odwagi. Przez co ich rewolucyjne i rewelacyjne pomysły są blokowane w zarodku i pozostają w sferze idei i koncepcji.

Tematem debaty była matura i jej wartość w kontekście dzisiejszego systemu edukacji.

Promocja: studia dla każdego

Na wstępnie padło kilka tendencyjnych pytań na temat matury właśnie. I pierwsze wnioski „Jedno jest bezsporne, obiektywna wartość matury jest dziś mniejsza niż dawniej.” wysnuła Pani Minister Łybacka.
Zastanawialiśmy się również jaki wpływ miało zlikwidowanie egzaminów wstępnych na studia, na jakość kształcenia w szkolnictwie wyższym. Teoretycznie założenia były dobre i chęci szlachetne – a wyszło jak zwykle. Przedmiot i jego poziom zdawania na maturze – do wyboru, system ujednolicony co pozwoli każdej uczelni określić poziom wiedzy i kompetencji delikwenta…

Dziś nie ma to dla mnie ani wartości ani znaczenia – jeżeli Politechnika z braku chętnych przyjmuje młodzież nie tylko z niższymi wynikami maturalnymi z matematyki, ale w ogóle tej matury (z matmy) nie wymaga! To jest spadek poniżej poziomu rynsztoka. Nawet przy mojej bujnej wyobraźni, nie jestem w stanie dostrzec świetlanej przyszłości ani dla takiego „studenta” ani „uczelni wyższej” a co bezpośrednio na tym idzie dla naszego dopiero dorastającego, kształtującego się społeczeństwa.

Dla równie mocno zainteresowanych tematem polecam przesłuchanie audycji radia Kontestacja na temat wartości tytułów magistra i licencjata.

Prawa maturzysty

Pewna pani z widowni, pracująca jako doradca zawodowy poruszyła temat „praw przyszłego studenta”. Teoria ta brzmiała iż każdy maturzysta ma prawo studiować filozofię (używam kierunku jako symbolu produkującego bezrobotnych absolwentów) jeżeli tylko zostanie poinformowany i będzie świadomy, że czeka go ważenie owoców w tesco, podczas którego swobodnie będzie mógł zastanawiać się nad sensem życia.
I teraz niczym Frederic Bastiat, pragnę zwrócić uwagę na to co widać a czego nie widać. Jeśli student ma pasję i żyć bez filozofii nie może – to świetnie. Jeśli aspiracją jego jest praca w tesco – też super, nie każdy może być przedsiębiorcą, rowy też ktoś kopać musi. Ale z jakiej racji ja mam finansować rozwijanie pasji tysiącom studentów? Czy tylko mi się wydaje, że Ci pasjonaci studiują za pieniądze ukradzione mi za pomocą podatków? Otóż kolejność powinna być dokładnie odwrotna. Naucz się drogi młodzieńcze zawodu, w technikum, zawodówce albo liceum profilowanym. Zacznij pracować, zarabiać, oszczędzać aż odłożysz na realizowanie swoich pasji, na studia z filozofii, które na rynek niczego nie wprowadzą, ale z pewnością wzbogacą duchowo. I szlag mnie trafia jak słyszę narzekającego absolwenta, że w Polsce źle, że pracy nie ma i że rząd zły bo nie tworzy stanowisk. To nie rząd tworzy stanowiska tylko przedsiębiorcy.

Uczelnie zagraniczne

Na debacie poruszano również kwestię uczelni zagranicznych – typu Oxford, Yale i Harvard. Więcej o nich pisałam w jednym a artykułów. Nie od dziś wiadomo, że przyjmują one tylko najlepszych. Egzaminy, rozmowy kwalifikacyjne, konkursy świadectw – wszystko po to by wyselekcjonować najlepszych z najlepszych. Jaki jest efekt? Elitarne uczelnie, które przyciągają najzdolniejszych nie tylko z kraju ale młodzież z całego świata marzy o studiowaniu właśnie tam. I znów pojawia się pytanie – ale dlaczego? Bo ukończenie TAKIEJ uczelni gwarantuje pracę, absolwenci przebierają w ofertach często już na trzecim czy czwartym roku.

W Polsce takich uczelni nie ma. Bo na nasze uczelnie przyjmują wszystkich. A jak coś jest powszechne to przestaje być elitarne. Przygotowano nawet projekty by móc przyjmować na studia ludzi, którym nie powiodło się na maturze i po prostu jej nie zdali. Co jest z tym krajem nie tak? Po pierwsze – trzeba było się uczyć. Jak się nie uczyłeś to się na studia nie pchaj, bo próg zdawalności na egzaminie dojrzałości wynosi 30% a na studiach 50% (a jak jest upierdliwy wykładowca to nawet 60%).

Konkluzje

Elementów godnych poruszenia jest bardzo dużo. W jednym artykule nie sposób wyczerpać tematu, przejdę więc do konkluzji.
Odnoszę wrażenie, że wszystko funkcjonuje na zasadzie popytu i podaży i jeśli się do tego odniesiemy i temu podporządkujemy to wszystko będzie bardzo bardzo dobrze. A jeśli – jak do tej pory – będziemy od tego stronić i podejmować próby oszukania praw fundamentalnych, będzie w Polsce coraz gorzej.

Przykłady. Prywatna uczelnia zagraniczna jest lepszym produktem na rynku. Przyciągają zdolniejszych, kształcą zdolniejszych, wydając potem lepszy produkt na rynek w postaci absolwenta, który zajmując swoje miejsce na rynku pracy przyczyni się do wzrostu gospodarki.
Za granicą wykładowca, który nie przyciąga studentów na swoje wykłady, po jednym semestrze żegna się z posadą. Nie każdy nadaje się do przekazywania wiedzy. A jeśli ktoś mu za to płaci – niech robi to skutecznie.

Znajomość podstaw ekonomii przydaje się w każdej dziedzinie życia.
Zdecydowanie polecam.