Edukacja w Danii – reportaż

Dzieci na całym świecie rodzą się całkiem podobne. Im są starsze, tym większe różnice można dostrzec pomiędzy nimi, w wyglądzie czy zachowaniu. Różnorodnie wpływa też na nie otoczenie w jakim się wychowują, media, system edukacji, religia i wieeeeele innych. W związku z taką różnorodnością, przez dwa najbliższe miesiące, postaram się odwiedzić jak najwięcej miejsc, by zdać Wam relację, jak tam się wychowuje dzieci, i jak wygląda system szkolnictwa. Zaczynamy od Danii.

Poniżej zdjęcia bohaterów tego artykułu: cztery osoby, stali mieszkańcy Kopenhagi opowiedzieli mi, jak się wychowuje dzieci w Danii i jaki jest ich stosunek do sytemu szkolnictwa. Udało mi się wyłuskać z gąszcza przechodniów dwóch ojców dzieci w wieku szkolnym i przedszkolnym, opiekuna dzieci w świetlicy i nauczycielkę ze szkoły podstawowej.
SAMSUNG

Thomas (tata) i Viktor (syn)

Spotkałam ich na spacerze w parku, Thomas jechał na rowerze, a obok miał przyczepiony box dla dzieci – przyczepę boczną, w której to z kolei podróżował Viktor. Viktor ma 4,5 roku i uczęszcza do przedszkola.
Trafiłam wyjątkowo dobrze – obaj zadowoleni z życia, wszystko im się podoba i wszystko przychodzi łatwo.

Thomas, jak niemal każdy rodzic w Danii pracuje, ale jak mówi, ma sporo czasu by zajmować się synem – np dziś w dzień powszedni o 12:00 są na spacerze. Zazwyczaj jednak, ten wolny czas ma popołudniami po pracy, tak samo żona.

W ciągu dnia, Victor uczęszcza do przedszkola. Jednak duńskie przedszkola trochę różnią się od naszych – tam, dzieci spędzają dzień na zabawie. Nie mają wielu zajęć dodatkowych, podręczników, czy kart pracy do wypełnienia. Mają za to obce języki – i teraz uwaga, bo to było szokujące – dwa języki obce już od przedszkola są nauczane, i oba są obligatoryjne: angielski i niemiecki. Każde dziecko prócz ojczystego, ma znać również te dwa. I tak jak jeszcze angielski jestem w stanie zrozumieć, tak niemiecki…
Na moje pytanie dlaczego tak jest, Thomas zamyślony odpowiedział „Nie wiem, może dlatego, że jesteśmy bliskimi sąsiadami?” Jakby na to nie patrzeć, my też.

Jedyna rzecz na jaką Thomas narzekał, to kontakt przedszkolanek z rodzicami – niby jest, niby o wszystko można zapytać, ale ostatecznie i tak nie wie co jego syn robił przez cały dzień, czy jadł, czy spał i kto mu zrobił tą szramę na policzku.

Natomiast jedyną rzeczą niepozorną, która później dopiero okazała się rewelacją, była informacja o tym, co najbardziej podoba mu się w duńskim systemie edukacji.
– To, że edukacja jest darmowa.
W Polsce też jest darmowa, i co w tym fantastycznego – pomyślałam. Jak bardzo się myliłam.

Morten z dziećmi

Mortena spotkałam nad kanałami, czekał z dziećmi (w wieku 12, 12 i 9) na odpływ statku. Nie mieliśmy dla siebie niestety dużo czasu – ale efektywne wykorzystanie tych kilku minut wywiadu, ułatwiły mi bardzo dzieci Mortena – wszystkie prócz najmłodszego brata mówiły płynnie po angielsku. Brat dopiero się uczy.

To szkoły tak działają – tłumaczy mój rozmówca. Nie posyłał dzieci na jakieś specjalne extra lekcje, po prostu od małego angielski jest im wpajany do głów, mają dużo lekcji angielskiego w planie zajęć już od podstawówki. Mało tego – wszędzie, gdzie się nie obejrzeć jest angielski, nazwy sklepów, menu w restauracjach i telewizja.

Telewizja w Danii to chyba jedno z najpotężniejszych narzędzi do nauki języka angielskiego – sama doświadczyłam tego już pierwszego dnia w hotelu. W Danii nie dubbinguje się filmów, nie dodaje się też lektora – każdy film czy serial, ma duńskie napisy.
Co to oznacza dla dzieci? Przez cały okres, kiedy nie potrafią czytać tak szybko by przetrawiać rotujące napisy – osłuchują się z językiem i z kontekstu wyciągają wnioski. Potem – kiedy już czytają, znają ze szkoły wiele wyrażeń, zestawiając to ze słowami których nie rozumieją (a których tłumaczenie widnieje linijkę poniżej) – mamy idealną metodę nauki. Nic dziwnego, że tak łatwo jest się porozumieć w Kopenhadze – tam po prostu wszyscy znają angielski, od 12 letniego dziecka, poprzez panią w sklepie z warzywami po sprzątaczkę.

Na pytanie, co ci się najbardziej podoba w duńskim systemie edukacji, znowu padła odpowiedz „chyba to, że jest za darmo”. Co za rewelacja, o co im wszystkim chodzi. Już niedługo miałam się dowiedzieć.

Ian

Ian to chyba najbardziej niepozorna osoba, którą spotkałam podczas mojej podróży. (Chociaż nie – najbardziej niepozorną był bezdomny pan w czapce imitującej pluszową owieczkę, który każdego dnia od 19 do 23 grał na flecie. Ciężko to nazwać grą, raczej rytmicznie dmuchał – bo chyba nie wiedział, że dziurki można zasłaniać palcami. Ale my nie o tym…)
Ian zadowolony jadł loda, kiedy dopadłam go ja. Był zachwycony możliwością wypowiedzenia się na temat edukacji i wychowania – po pierwsze dlatego, że kocha dzieci, a że nie ma swoich, opiekuje się cudzymi w ramach poszkolnych zajęć na świetlicy. Po drugie dlatego, że nie ma zbyt pochlebnej opinii o rodzicach w Danii, czym bardzo chciał się ze mną podzielić.

Rodzice duńskich dzieci pracują bardzo długo – mówi Ian. Rano zawożą dzieci do szkół, następnie dzieci przechodzą do świetlicy, i dopiero wieczorem są odbierane i zabierane do domów. Świetlica, to oaza Iana, tam bawi się z dziećmi, pomaga im w materiałach z lekcji, organizuje gry – nie pozwala się nudzić. Opiekuje się tam dziećmi w wieku 6-12 lat. Ale serce mu się kraja, jak obserwuje rodziców – mają coraz więcej obowiązków, i coraz mniej czasu dla dzieci. Dzieci wychowują coraz to nowe placówki a coraz rzadziej rodzice.

Za to mój rozmówca był bardziej zadowolony z systemu edukacji. Kiedyś było znacznie gorzej – mówi.
Ale pojawiło się dużo reform, system się ulepsza z roku na rok. Jest więcej godzin, więcej przedmiotów, więcej nauki i dzieci są coraz mądrzejsze.
No i przede wszystkim, nauka jest darmowa. (Już tylko wzruszyłam ramionami, przynajmniej mają jakiś powód do radości, nawet jeśli go nie rozumiem.)

Pernille

Pernille to sympatyczna rudowłosa dziewczyna, którą spotkałam siedzącą ze swoją siostrzenicą przed witryną sklepową. Z początku, miałam nadzieję, że mała Nora to jej córeczka, w przeciwnym wypadku, cóż ciekawego mogła mi opowiedzieć młoda bezdzietna dziewczyna o wychowaniu dzieci?
Ku memu zaskoczeniu, okazało się, że Pernille, właśnie skończyła studia pedagogiczne i jest świeżo upieczoną nauczycielką w szkole podstawowej.
Co to studiów – uczyła się 4 lata i za jej „czasów” przyjmowali na studia każdego. Teraz być może z braku miejsc, warunki przyjmowania na studia stały się bardziej restrykcyjne – należy uzyskać 70% punktów na teście predyspozycji pedagogicznych. Pernille uważa, że taki test jest bardziej fair – przecież nie każdy może być nauczycielem.
Tym bardziej, że nie jest to łatwa praca. Nikt tu nie szanuje nauczycieli – mówi moja rozmówczyni. Rodzice myślą, że pozjadali wszystkie rozumy, nieustannie pouczają i zwracają uwagę, odnoszą się bez należnego szacunku i nie doceniają pracy. A przecież nauczyciel to ciężka praca, nie tylko na lekcjach, same przygotowania i sprawdzanie testów trwa wiele godzin.

Aż tu nagle – w natłoku pytań, odpowiedzi i dygresji – pojawił się temat ekonomiczny. Dopiero teraz miałam się dowiedzieć, o co tym wszystkim duńczykom chodzi.
Okazuje się, że rząd pomaga jak może ale też zabiera ile może. Podatki są ogromne i połowa zarobionych pieniędzy znika w czeluściach budżetu – jednak rodzice i uczniowie nie mają powodu do narzekania – tłumaczy Pernille.
Po pierwsze, każdy rodzic, który ma dziecko dostaje od państwa pieniądze. Nie w postaci jednorazowego becikowego, tylko w postaci comiesięcznych przelewów na konto. Początkowo jest to 3-4 tysiące koron miesięcznie, kwota ta jednak sukcesywnie spada wraz z rosnącym wiekiem dziecka. Co moja rozmówczyni uważa za niesprawiedliwe – pieniądze te należą się każdemu, nie tylko ludziom biednym i średniozamożnym, ale również tym najbogatszym. Jedyne ograniczenie to ilość dzieci – kieszonkowe jest wypłacane tylko do konkretnej liczby dzieci (prawdopodobnie 3).
Ale to nie koniec pieniędzy napływających z rządu – i tu wyjaśnia się zagadka „bezpłatnej edukacji”, którą tak się wszyscy zachwycali. Szkoły podstawowe, średnie – wszystko jest oczywiście bezpłatne. W momencie gdy uczeń wybiera się na studia, nie tylko nie musi za nie płacić, ale dostaje – uwaga – 5 tysięcy koron, co miesiąc, przez cały okres studiów.

Powtórzę to raz jeszcze – co miesiąc, każdy student, za to że studiuje, przez cały okres studiów, dostaje 5 tysięcy koron kieszonkowego na swoje prywatne konto. Jest to kwota bezzwrotna, mająca na celu motywowanie dzieci do nauki, i dająca możliwość maksymalnie się na tej nauce skupić.

W tym właśnie momencie, zrozumiałam co mieli na myśli mówiąc ‚bezpłatna edukacja’.

Dziwny kraj

Faktycznie, Dania to dziwny kraj. Niby zwyczajny, europejski, nie różni się mocno kulturowo od innych nam znanych, jednak cały czas nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że coś tam nie gra. Mnogość udogodnień dla społeczeństwa na każdym kroku – począwszy od ścieżek rowerowych po kieszonkowe na studia – skontrastowana jest z wszechobecną drożyzną, gdzie obiad we dwoje w średniej restauracji kosztuje blisko 300 zł a 0,5 butelka Coca-Coli 10 zł. W jakim kierunku to wszystko dąży?