Co szkoła robi z mózgami dzieci? – czyli mój kolejny TEDx

Pod koniec ubiegłego roku, po raz kolejny miałam przyjemność wystąpić na konferencji TEDx, tym razem w Koninie. Opowiadałam oczywiście o tym, co jest mi bliskie. Czyli o tym, że szkoła jest głupia 🙂 Wystąpienie musiało być mocne, bo zaraz po nim rozpętała się kilkunastominutowa burza pytań i odpowiedzi. Zapraszam do obejrzenia!

Z 18 minut filmu dowiesz się czegoś o:

  • Kulcie wiedzy. Dawniej szkoła uczyła nas encyklopedii na pamięć. Teraz jest gorzej.
  • Jakich kompetencji wymagało zdobywanie wiedzy 100 lat temu, a jakich wymaga dziś.
  • Odpowiadam na pytanie: dlaczego nikt normalny nie pamięta czego uczył się w szkole.
  • Czym różni się ‚uczenie się’ od ‚bycia nauczanym’.
  • Co musi się wydarzyć w mózgu dziecka, by faktycznie się nauczyło.
  • Dlaczego siedzenie w szkolnej ławce, to gwałt na naturze ludzkiej.
  • Dlaczego szkoła nie uczy dzieci czytać (to było najbardziej kontrowersyjne, o to rozpętała się ta burza).
  • Opowiedziałam też troszkę o tym, jak ważną postacią był i zawsze będzie w moim życiu Tata <3

 

I kilka refleksji po wystąpieniu.

1.Przede wszystkim poznałam fenomenalnych ludzi. Ciężko wymienić wszystkie postacie i ich zasługi, wspomnę więc tych, których Ty drogi czytelniku w pierwszej kolejności powinieneś poznać.

Marianna Kłosińska
Niesamowita równa babka, która prowadzi w Warszawie Fundację Bullerbyn. W ramach fundacji promuje Unschooling. Dla niewtajemniczonych, jest to kombinacja idąca o krok dalej w całej swej alternatywie niż edukacja domowa. Czyli nie uczmy dzieci w ogóle! Same przyjdą głodne wiedzy. I o ile szczęka opada, to muszę przyznać, że jeśli dobrze się do tego zabrać to ta metoda też działa.

Ola i Marcin, czyli Państwo Sawiccy
Ludzie z misją. Inaczej się nie da tego powiedzieć. Nie dość, że mają 7 dzieci (siódemkę!!!), oboje są nauczycielami (z alternatywnymi skłonnościami;)), to jeszcze prowadzą kilka placówek szkolnych i przedszkolnych wg metody Marii Montessori. A najlepiej przeczytajcie ich własny opis z głównej strony:

„W 2001 roku przeprowadziliśmy się z warszawskiego Żoliborza w Beskid Żywiecki. Mamy siedmioro dzieci: Marysię, Jasia, Franka, Nelę, Oliwkę, Antosię i Helenkę. Oboje jesteśmy nauczycielami i z wielką radością uczymy dzieci metodą Marii Montessori. Prowadzimy Szkoły i Przedszkola Montessori w Krzyżówkach, Koszarawie Bystrej i Przyłękowie,  oraz Liceum i Gimnazjum Montessori w Koszarawie Bystrej. Od siedmiu lat zajmujemy się wspieraniem  rodziców edukujących dzieci w domu. Nasze szkoły stały się miejscem spotkań, warsztatów, wymiany doświadczeń dla rodzin z całej Polski. (…) W wolnym czasie podróżujemy, czytamy książki, jeździmy na nartach i wędrujemy po górach.”

2. Po drugie, nabrałam dystansu (po raz kolejny) do „alternatywnego” środowiska.

Wiadomo to nie od dziś, że promuję alternatywne metody nauczania, bo naszego systemy edukacji nie znoszę. Mówię o różnych formach, o ich wadach i zaletach. Zakładam, że nie ma metody idealnej, ale w zasadzie każda alternatywa od zwykłej szkoły będzie lepsza.

I wiele jest osób, które obserwując szkołę, się ze mną zgadza. I kiedy mówię – dzieci nie powinny siedzieć w ławkach tylko biegać – krzyczą ‚racja!’. Kiedy mówię – dzieci nie powinny uczyć się wyłącznie z książek, tylko w praktyce – krzyczą ‚racja!’. Ale kiedy mówię – szkoła uczy czytać w nieefektywny sposób – krzyczą ‚no aż tak się nie czepiaj, w sumie szkoła nie jest taka zła.’

Dlatego pragnę jedną rzecz podkreślić.
Ja nie idę na kompromisy, które działają na krzywdę dziecka.
Jeśli szkoła robi coś źle, trzeba o tym mówić i trzeba podawać rozwiązania.

Jeden błąd (np. szkoła uczy książkowej wiedzy na pamięć) został obsmarowany w każdej prasie, wałkowany jest od lat i niemal każdy nauczyciel wie, że szkoła robi to źle. A skoro każdy to wie, to można krytykować na głos. Drugi błąd nadal jest niepopularny, rzadko wypominany i być może za bardzo obnaża nieudolność systemu edukacji. Ale to nie powoduje, że ten błąd nie istnieje. Nadal krzywdzi dzieci, nadal kpi z nauczycieli i nadal robi sobie z nas żarty. Dlatego będę o tym wszystkim mówić na głos, czy to się komuś podoba czy nie.

Dlaczego i kogo to boli?

Bo są wciąż wśród nas ludzie, którzy interesują się alternatywnymi formami edukacji ale z jakiegoś powodu ubzdurali sobie, że wystarczy kilka rzeczy w szkole zmienić i będzie działać jak należy.

Moje doświadczenia i lata zdobywanej wiedzy sprawiają, że śmiem twierdzić coś innego. Szkoły nie da się uratować. N i e  d a  s i ę. Możesz zlikwidować dzwonki, wprowadzić więcej zajęć praktycznych i szkolić nauczycieli. Nadal mnogość błędów będzie paraliżująca. Bo nie chodzi o kosmetyczne poprawki, CAŁY FUNDAMENT, na którym system szkolny się opiera, chwieje się w posadach. Założenia były i są błędne. Opierając się na złych założeniach nie mamy szans zbudować czegoś co działa.

Więc kiedy mówię o błędach szkoły, które da się kosmetycznie poprawić, każdy bije mi brawo. A kiedy mówię o błędach szkoły, które kwalifikują cały system do wymiany, buntują się nauczyciele i osoby blisko związane ze szkolnictwem. Moi drodzy – albo wóz albo przewóz. Albo chcesz dobrze dla dzieci, albo chcesz udawać, że robisz coś pożytecznego.

Czy więc nie warto poprawiać nic w szkole?

Z perspektywy rodzica – nie warto. Zabieraj swoje dziecko stamtąd jak najszybciej możesz.

Z perspektywy nauczyciela – warto. Dla tych dzieci, których rodzice nie odważą się alternatywy, mimo wszystko warto COŚ zrobić. Przeprowadzić jedne ciekawe zajęcia. Wprowadzić jedną oryginalną metodę nauczania. Jakkolwiek umilić im czas szkolny, by nie zatracić kompletnie wszystkiego co w nich drzemie.
Więc tak, zmieniaj te kosmetyczne rzeczy ale miej świadomość, że jest to rozwiązanie tymczasowe.

3. Po trzecie, uświadomiłam sobie ile jeszcze chcę się nauczyć.

Alfą i omegą nie jestem, a mam tak dużą wiedzę tylko dlatego, że się do tego przyznaję. Bo założenie „o, nie wiem tego, opowiedz mi o tym więcej” powoduje, że poszerzam wiedzę z turbo przyspieszeniem.

I tak własnie dowiedziałam się, gdzie muszę się dowiedzieć więcej. Bo o ile za edukację domową dam sobie rękę uciąć, o tyle unschooling wciąż mnie onieśmiela. W teorii oczywiście jest dla mnie zrozumiały i wręcz oczywisty. W praktyce, muszę przeczytać kilka książek, skończyć kilka kursów i odwiedzić kilka miejsc by Wam o tym opowiedzieć 🙂

Oczywiście nie tylko unschooling pojawił się u mnie na tapecie. Chciałabym poeksplorować bardziej edukację demokratyczną (którą uwielbiam) oraz montessori na poziomach gimnazjum i liceum. Chcę poobserwować działanie różnych fundacji, by wiedzieć co warto wspierać i co faktycznie zmienia świat;) I chcę nadrobić trochę wiedzy historycznej z liceum.

4. Po czwarte… uświadomiłam sobie, że przy nieodpowiednim kadrowaniu, powinnam nosić wyłącznie spódnice ołówkowe a zrezygnować ze spodni. No… człowiek uczy się ponoć całe życie 🙂