Szpital dla książek: naucz dziecko szanować książki w zabawie [wywiad z Izabelą Stopą].

Przybywam z tematem prostym acz trudnym. Chcemy dzieciom dać książki od najmłodszych lat ale są to przedmioty wrażliwe na jedzenie, rzucie, rzucanie, darcie i inne przygody. Jak to zrobić żeby książki dawać ale bez duszy na ramieniu? Przed Wami zabawa w szpital. 

O zabawie opowiedziała mi Izabela Stopa – możecie już ją znać z poprzednich wpisów np. tego o czytaniu. Całkiem spontanicznie zaproponowała taką zabawę przedszkolakom z placówki Harmonijka w Skórzewie koło Poznania. Podzieliła się ze mną obserwacjami i wynikami zabawy i pomyślałam, że może komuś z Was posłuży to za inspirację w tak przyziemnym ale jakże powszechnym problemie.

Godmother: Skąd się pojawił pomysł na taką zabawę? Dzieci podpadały jeśli chodzi o umiejętność dbania o książki?

Izabela Stopa: Pomysł na zabawę pojawił się z dwóch powodów.
Pierwszy dotyczył mojej prywatnej miłości do książek i literatury i wyniesionego z domu szacunku dla książek. Serce mi krwawiło, gdy widziałam poniszczone okładki i powyrywane strony. Dzieci bywają niedelikatne, bawią się książkami tak jak innymi zabawkami i znajdują dla książek inne zastosowanie niż czytanie czy oglądanie. W pewnym stopniu jest to oczywiście wspaniałe i rozwijające, jak układanie książek kolorami, czy rozmiarami. Ale czasem małe łapki mogą chcący lub niechcący książkę po prostu zniszczyć.
Drugie źródło wynikało z mojej roli w przedszkolu, mianowicie jestem tam lektorem języka angielskiego. Mówię tylko po angielsku, wspieram wychowawczynie, prowadzę zabawy. Chciałam stworzyć ciekawą i konstruktywną ofertę dla dzieci podczas ich czasu zabawy własnej, tak by przy okazji czuły potrzebę komunikacji właśnie w języku angielskim.

G: Opowiedz krótko na czym polegała zabawa.

IS: Zabawa przerodziła się w projekt. Na początku wspólnie z dziećmi zdjęliśmy z półek wszystkie książki i po kolei każdą oglądaliśmy. Sprawdzaliśmy czy okładka jest cała, czy ma wyrwane lub naderwane strony, czy ma pozaginane rogi itd. Książki wymagające „leczenia” odkładaliśmy na bok, a te zdrowe od razu układaliśmy z powrotem na półkę. Następnie chore książki podzieliłam wspólnie z dziećmi na łatwe i trudniejsze do wyleczenia. Te łatwiejsze dzieci leczyły samodzielnie, bardziej skomplikowane przypadki były leczone z moim wsparciem.

G: Jak angażowałaś dzieci w zabawę; do jakiego stopnia mogły faktycznie samodzielnie książki leczyć?

IS: Najczęstszą chorobą książek były poobdzierane grzbiety lub lekko przedarte strony. Najlepszym lekarstwem było więc przyklejanie w odpowiednich miejscach taśmy klejącej. W związku z tym, że w szpitalu pracowały i 4-latki i 5-,6- latki można było stworzyć podział zadań. Odklejanie i odcinanie taśmy klejącej wcale nie jest łatwym zadaniem, nawet dla dorosłych, więc te dzieci, które sobie z tym radziły lub chciały się tego uczyć odklejały taśmę od rolki, odcinały kawałki i szykowały ją dla reszty. A reszta zajmowała się naprawą. W przypadku trudniejszych przypadków, jak oderwana okładka, leczyłam książki razem z dziećmi. Czasem wystarczyło ją podkleić, czasem trzeba było ją zbudować od nowa. Wtedy starałam się angażować dzieci do odrysowywania kształtów i rozmiarów, smarowania klejem, przytrzymywania i dociskania przyklejonych elementów.

G: Taśma klejąca, klej, coś jeszcze wchodziło w skład narzędzi?

IS: Głównie były to różne taśmy, kleje, kartki, nożyczki. Najwięcej kombinowania wymagało budowanie okładek, a sam proces planowaliśmy na bieżąco. Za to była to okazja, by wykorzystać i zrecyklingować materiały nieoczywiste, opakowania, to co często jest już uważane na śmieci (wszędzie poza przedszkolami i szkołami, w końcu kto nie robił nigdy pracy plastycznej z rolek po papierze toaletowym! 😉 ) W przedszkolu jest wspaniałe zaplecze materiałowe, więc mieliśmy do dyspozycji kartony, brystole różnego rodzaju, kolorowe bloki, papiery.

G: A gdybyś miała ustalić z dziećmi nowe zasady korzystania z książek, jak byś je sformułowała? Tak żeby zadbać o ich kondycję w przyszłości ale jednocześnie nie zrobić z nich świętych artefaktów, których dotykać nie wolno? Bo przecież chodzi o to by po książki sięgały chętnie i często.

Myślę, że nie chciałabym wprowadzać szczególnych zasad korzystania z książek. Nazwanie zabawy szpitalem, a książek pacjentami ożywia je, nadaje im wyższą rangę zabawek. W mojej opinii ważniejsza jest tu nauka uważności i obserwacja konsekwencji jakie niesie za sobą np. rzucenie książką (a takie akty bestialstwa ku memu przerażeniu wciąż mają miejsce).

G: Czyli dzieci po tym doświadczeniu są bardziej uważne? Coś jeszcze zauważyłaś?

IS: Tak, kolejną lekcją jest też samo naprawianie. Nie chciałabym tu dziadować, ale w naszym świecie często łatwiej i taniej jest coś wyrzucić i kupić nowe. A tu nagle naprawiamy, zamiast kupować nową książkę. To, że rzeczy trzeba szanować nie zawsze jest oczywiste dla dzieci. A zresztą nie tylko dla dzieci, wielu dorosłych sobie z tym nie radzi. Ale sytuacja wygląda zupełnie inaczej, kiedy jest to coś co sami zrobiliśmy. Dzieci z wielkim namaszczeniem traktują nierówno powycinane laurki, które same wykonały i chcą po południu dać mamie. Kiedy same coś naprawią, to jest to poniekąd ich dzieło, więc i ich podejście się zmienia. Największe ryzyko leży w tym, że będą chciały psuć, bo naprawianie jest świetną zabawą, ale na razie nie zauważyłam takich tendencji i mam nadzieję, że ich nie zauważę ;). Cała zabawa nie była dokładnie zaplanowana, nie ma ustalonej formy, więc nie pokusiłabym się o pisanie instrukcji czy scenariusza.

Same książki nie wyglądają jak nowe, nie wszystkie wyszły pięknie. Ale też nie bawiliśmy się w introligatorów, tylko w szpital. A wiadomo, że różne choroby mogą po sobie zostawić pamiątki. 

G: Pięknie powiedziane! Czy to była jednorazowa akcja czy będziesz to powtarzać?

IS: Chciałabym móc powiedzieć, że od tego momentu wszystkie książki mają się dobrze, dzieci je bardzo kochają i dbają jak o swoje ulubione maskotki, ale tak nie jest. To jest proces. To zajmie więcej czasu. Od maja zrobiłam już dwie edycje szpitala na książek, niedługo pewnie będzie potrzeba kolejna. Ale z każdą kolejną pacjentów jest coraz mniej, a dzieci nabierają wprawy w ich leczeniu, więc wszystko przebiega sprawniej. Dodatkowo była to świetna okazja by mogły opanować słownictwo w języku angielskim w zakresie nazw materiałów, których używaliśmy czy czynności, które wykonywaliśmy.

Izabela Stopa – pedagog i logopeda z wykształcenia i zamiłowania. Każdą wolną chwilę spędza na czytaniu książek. Na co dzień pracuje z dziećmi i też z dziećmi o książkach rozmawia, dlatego literatura dziecięca nie ma dla niej tajemnic. Z racji wykształcenia, pasji i choroby zawodowej Iza musi bardzo szybko czytać i tej super mocy uczy też innych. Więcej o Izie znajdziesz tutaj.