Rzucił szkołę! Edukacja domowa w praktyce.

Na co dzień zajmuję się bojkotowaniem publicznego systemu oświaty. Ale jednocześnie promuję alternatywne systemyedukacji. Wydawało mi się, że będą do mnie trafiać głównie rodzice 6-latków z pytaniami „jak zacząć”. Tymczasem najczęstsze maile jakie otrzymuję to prośby o pomoc od uczniów gimnazjum i liceum. Młodzież, która ma szkoły dość. Staram się pomóc jak tylko mogę w każdym przypadku, odpowiadając na pytania i wątpliwości. Zwykle słuch o tej młodzieży zanika, aż pewnego dnia przyszła wiadomość…

Dziękuję za pomoc, jestem już w systemie edukacji domowej. Uczę się sam!

Naprawdę się wtedy wzruszyłam. Wiadomo – moja zasługa może i niewielka, ale cieszy mnie, że młodzi ludzie czują w sobie siłę sprawczą i potrafią wziąć za siebie odpowiedzialność. Pozwoliłam sobie przemaglować Mateusza – czyli naszego głównego bohatera. Zadałam mu pytania tuż po wielkiej zmianie, a następnie w kolejnej już klasie. Poczytajcie jak wygląda przejście ze standardowego systemu do edukacji domowej w szkole średniej.

Godmother: Poniżej osiemnastego roku życia wciąż odpowiadają za nas rodzice. W związku z czym muszą nie tylko być świadomi ale też wyrazić zgodę na edukację domową dziecka. Formalnie wtedy odpowiedzialność za naukę spada na nich.

Jak wyglądała rozmowa z Twoimi rodzicami? Czy przygotowałeś się do niej jakoś specjalnie? Czy mieli jakieś obiekcje?

Mateusz: Rodzice mieli obiekcje od początku i nie udało mi się ich przekonać do końca. W styczniu skończyłem osiemnaście lat i postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce. Dowiedzieli się po fakcie:) Nie byli zachwyceni, ale ostatecznie to zaakceptowali.

G: Jakieś wnioski z perspektywy czasu?

M: Teraz już wiem, że to był błąd z mojej strony. Dopiero widzę, że powinienem był to zrobić asertywnie ale jawnie. Cóż, stało się i nie żałuję.

G: Bałeś się? Dużo osób ma ochotę „rzucić szkołę” jednak ostatecznie się nie decydują. Co Cię przekonało?

M: Nie miałem obaw, że może mi się nie udać. Od kiedy dostałem pierwszą książkę w stylu „Pierwsza encyklopedia malucha”, czy coś z tych rzeczy, miałem ogromny zapał do poznawania świata. Niestety, szkoła to ze mnie w dużym stopniu wypleniła.

G: I teraz jest inaczej?

M: Tak. Po „rzuceniu szkoły” zacząłem ten zapał odzyskiwać, co tylko mnie utwierdza w przekonaniu, że dobrze zrobiłem. Co najlepsze, najłatwiej mi się uczyć teraz, już po zdaniu egzaminów, kiedy nie mam już jakiegokolwiek poczucia zewnętrznego przymusu.

G: Aż mi trudno uwierzyć, że było tak łatwo.

M: Owszem, po tej całej zmianie odczułem niemal fizycznie ciężar odpowiedzialności. Na szczęście mnie nie przytłoczył. Wręcz przeciwnie, zmotywował do działania i to nie tylko w kwestii szkoły.

Jak na ironię, mama twierdziła, że „nie będę miał zacięcia”, kiedy „nikt nie trzyma mi bata nad głową”. No cóż…

G: Spadła na Ciebie, jak sam mówisz, duża odpowiedzialność. Dlatego zamiast liczyć na to, że szkoła „na tacy” poda Ci czytanki i zestawy zadań musiałeś się do tego nowego trybu nauki jakoś przygotować. Jak to u Ciebie wyglądało? Masz jakiś system?

M: Zdecydowałem się kontynuować z grubsza program klasy biologiczno-chemicznej. Standardowo zdawane przedmioty na maturze w takiej klasie to polski, matematyka i angielski, a dodatkowo biologia i chemia.

Z angielskiemu i polskim postanowiłem kompletnie dać sobie spokój. Język obcy znam na tyle dobrze z różnych artykułów, filmów, czy utworów muzycznych, że zawracanie sobie nim głowy uznałem za bezsensowne. I faktycznie, egzamin z angielskiego okazał się najprzyjemniejszym ze wszystkich. Na wybitnym wyniku z polskiego natomiast mi nie zależało. Zamierzam iść na oceanografię, a tam wynik z polskiego jest drugorzędny. Tu na próbnych egzaminach poszło gorzej niż na angielskim, głównie przez nieznajomość lektur (co będzie trzeba nadrobić) ale i tak liczę na okolice 70%.

Ucząc się do matematyki, korzystałem z Matemaksu i mojego ostatniego podręcznika licealnego. Do chemii przygotowywałem się ze zbioru Pazdro, a do biologii ze starego vademecum maturalnego. Bardzo pomógł mi również Crash Course.

G: Świetnie! Czyli jest jakaś systematyka i wiesz czego się uczyć. Ciekawi mnie jak wygląda teraz Twój typowy dzień?

M: Różnie. Wiadomo, są dni, gdy jestem bardziej lub mniej zorganizowany – energia mniejsza, samopoczucie gorsze etc.

Niemniej, od jakiegoś czasu staram się planować niemal każdy dzień od razu po śniadaniu lub poprzedniego wieczora. Ostatnio wróciłem do lektury „7 Nawyków skutecznego działania” Coveya i odkryłem, że przez te kilka miesięcy nieświadomie wprowadziłem w całkiem dużym stopniu pierwsze dwa z opisywanych nawyków.
Zazwyczaj po przebudzeniu się (około 6:00) ćwiczę jogę przez dwadzieścia minut dla rozbudzenia ciała. Potem dziesięć minut ćwiczeń oddechowych, dwadzieścia medytacji, myję się i siadam do śniadania. Najpóźniej o ósmej zaczynam naukę.

G: Nieźle, nawet ja nie jestem tak zdyscyplinowana 😉 Domyślam się, że to wpływ ogólnego wybuchu tematów pro-rozwojowych w Twoim życiu. Niezależnie w jakim kierunku to pójdzie,  fajnie że tak wcześnie zaczynasz.
A teraz pytanie z innej beczki. Mówi się, że szkoła to przede wszystkim uspołecznianie. A bez szkoły? Czy masz kontakt z kolegami z byłej klasy?

M: Nie miałem z moją licealną klasą zbyt dobrego kontaktu. Niestety, przez pewne doświadczenia z podstawówki, mam również pewne blokady związane ze szkolnym życiem społecznym. To również dało mi solidnego kopa, żeby działać w kierunku innej formy edukacji, bo po prostu nie czułem się w szkole najlepiej.

G: A jak otoczenie zareagowało na Twoją decyzję? Rodzina, koledzy, nauczyciele?

M: Rodzina jest zdziwiona, że coś takiego jest w ogóle możliwe. Nauczyciele początkowo starali się mnie zatrzymać, ale nie stawiali wielkiego oporu.

Znajomi również byli nieco zaskoczeni, ale w pozytywny sposób. Niektórzy uważali z początku, że nie dam rady się sam tego nauczyć. Inni z kolei twierdzili, że jeśli się przyłożę, to ogromnie na tym skorzystam.

G: Jak było samym na początku? Trudno się przestawić na inny tryb?

M: Przede wszystkim błędem było ustalanie sobie sztywnego grafiku dnia. Planowałem z góry bloki nauki i przerwy. A życie nie jest sztywne. To po prostu nie działa.

Poza tym branie za dużo na siebie na raz nastręczyło mi sporo przemęczenia. Znacznie lepsze okazało się skupianie się na jednym przedmiocie w danym dniu/tygodniu.

G: Bardzo ciekawe! Czyli początkowo próbowałeś trochę naśladować mimo wszystko szkolny rytm i to nie zadziałało. No bo, kto powiedział, że dobre efekty mamy ucząc się 7 przedmiotów dziennie po troszku. Bardzo podoba mi się Twój nowy sposób.

I znów z innej beczki. Jak wyglądały formalności? Co musiałeś załatwić by teraz uczyć się w domu?

M: Przepisałem się do szkoły średniej przyjaznej edukacji domowej, oddalonej od mojego miejsca zamieszkania. Bardzo pomógł mi w tym kolega, z którym poleciłaś się skontaktować. Nawiązałem kontakt z zarządem szkoły, wysłałem swoje dokumenty – przyjęli mnie. Wysłali legitymację. Zostało tylko wypisać się z dotychczasowego liceum.

G: Tak sobie myślę, że oceny na świadectwie nie mają wielkiego znaczenia. Ale wynik matury przecież już bardzo. Od tego zależy czy dostaniesz się na wymarzone studia. Skąd pewność, że dasz radę sam się przygotować do matury?

M: Znam swoje możliwości. Widzę, jak szybko potrafię się uczyć, kiedy dostosowuję naukę do swoich potrzeb i nie mam stresującego otoczenia. Nabieram coraz większej samodyscypliny i czuję, że jeszcze się rozkręcę.

G: A nie boisz się, że wpadniesz w rutynę, albo że dopadnie Cię lenistwo?

M: Szczerze mówiąc, nawet o tym nie myślałem. Jakoś nie potrafię sobie wyobrazić, że wpadnę w lenistwo, które mogłoby trwać więcej  niż jeden wieczór. A to mi się czasem zdarza, kiedy mam gorszy dzień, jak chyba każdy z nas.

Co do rutyny, moje dni przebiegają w różny sposób i nie mam sztywnego schematu dnia.

G: Co jest według Ciebie najlepsze w edukacji domowej?

M: Bez wątpienia to, że motywacja do nauki pochodzi z wnętrza, a nie jest narzucana.

Co do rutyny, moje dni przebiegają w różny sposób i nie mam sztywnego schematu dnia.

G: Co jest zatem najtrudniejsze?

M: Ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie.
Jeśli chodzi o kwestie związane z edukacją, nic nie nastręcza mi jakichś wielkich trudności.

Jeśli pytanie obejmuje całokształt, to miewam czasami gorsze dni, kiedy nie mam na nic ochoty, produktywność i samopoczucie spadają do zera. Najtrudniej jest mi zaakceptować ten stan, a potem się z niego pozbierać.

Nawiązałam kontakt z Mateuszem jeszcze raz, gdy miał jeszcze więcej doświadczeń. Oto czego się dowiedziałam.

G: I jak się miewasz teraz? Rozmawialiśmy jak byłeś w drugiej klasie szkoły średniej, teraz powinieneś być w maturalnej. Wszystko zgodnie z planem?

M: Nie do końca. Zacznę od tego, że miałem trochę problemów.

Było zamieszanie formalne, za które częściowo odpowiedzialność leży po mojej stronie a częściowo po stronie kadry szkoły. Kiedy pod koniec roku szkolnego myślałem, że jestem rozliczony okazało się, że mam jeden zaległy egzamin. Wtedy byłem absolutnie pewien, że nie muszę go zdawać. Teraz sądzę, że źle zrozumiałem to co starał się przekazać kolega, który mi wszystko na początku wyjaśniał.

G: I co, dało się to jakoś załatwić?

M: Ostatecznie udało się dogadać i ten egzamin nadrobić. Ale tylko po to, żeby za kilka tygodni znów okazało się, że świadectwo zostaje wstrzymane bo nie zaliczyłem egzaminu z niemieckiego. Aby go zaliczyć (w lipcu) musiałem jechać ponad 300 km od mojego miejsca zamieszkania, by napisać test w obecności jednej z nauczycielek.

G: No to faktycznie niezłe zamieszanie. Pewnie było trochę stresu?

M: To jeszcze nic. Po drodze okazało się, że szkoła do której jestem formalnie zapisany kończy działalność i muszę się przepisać do nowej. Był moment kiedy faktycznie obawiałem się, że zostanę „na bruku”.

Na szczęście wszystkie formalności zostały domknięte, jestem zapisany do nowego liceum i szczęśliwie dotarło do mnie świadectwo ukończenia klasy drugiej.

G: To niezła szkoła życia. Uśmiecham się pod nosem, bo wydaje mi się, że właśnie doświadczyłeś namiastki „dorosłego” życia. Nie zliczę sytuacji kiedy myślałam, że czegoś nie ogarnę bo formalności mnie przytłoczyły. Szczególnie, że prowadzę firmę w naszym pięknym kraju z naszym jeszcze piękniejszym prawem. Masz jakieś wnioski po tym wszystkim?

M: Tak. Mam naukę na przyszłość, żeby samodzielnie dopatrywać tego typu spraw.

G: Słusznie. Coś jeszcze się zmieniło od naszej ostatniej rozmowy?

M: Ostatnio opowiadałem o mojej długiej porannej rutynie – jodze, medytacji etc. Zmieniłem ją dość drastycznie. Zauważyłem, że nie sprawia mi to przyjemności i przeczekuję ten czas z myślą o śniadaniu. Dziś to od niego zaczynam dzień. Nie oznacza to, że całkowicie zarzuciłem tego typu rozwój: medytuję wieczorami, czasem się rozciągam i stosuję techniki oddechowe Wima Hofa. Poza tym codziennie ćwiczę a w następne wakacje mam zamiar wybrać się na triatlon.

G: Na tym polega rozwój. Trzeba wielu rzeczy spróbować zanim się trafi na nawyki, które nam najbardziej sprzyjają. Tym bardziej, że my sami się zmieniamy. Masz teraz wakacje, w końcu wolne od nauki?

M:Staram się planować dni jak w ciągu roku szkolnego, aczkolwiek, od kiedy podjąłem się dorywczo pracy fizycznej zacząłem rozumieć ludzi, którzy po kilku godzinach w robocie nie mają energii na nic, co jej wymaga. Okazało się, że po pracy spędzałem czas głównie w internecie.  Chociaż byłem świadom, że nie przyniesie mi to żadnej satysfakcji. Usprawiedliwiałem się, że skoro  zarobiłem kilka stów to mogę sobie na to pozwolić. W końcu miarka się przebrała i stwierdziłem, że mam dość prokrastynacji. Jest pewna trudność w podźwignięciu się z takiego „dołka”. Czuję jednak, że to doświadczenie mnie mimo wszystko podbudowało.

G: Dzięki Mateusz za nasze rozmowy i nieskończone wymiany mailowe. Życzę Ci powodzenia, szczególnie na maturze! Będę trzymać kciuki i koniecznie daj znać jak poszło 🙂