Nie zmarnuj 2019 roku! 8 konkretnych Postanowień Noworocznych dla Rodziców – podejmiesz wyzwanie?

Z okazji nowego roku artykuł o postanowieniach. Nie wiem jak Ci zwykle idzie ich spełnianie, dlatego nie skupiam się na tych drobnych celach. Pokażę Ci za to jak rodzic może postawić fundamenty pod swój całoroczny rozwój. W 8 krokach. Opowiem Ci dlaczego uważam, że każdy rodzic powinien mieć postanowienia, wymienię jakich osiem postanowień uważam za najkorzystniejsze oraz co mają zrobić Ci, którzy postanowień nie lubią lub ich notorycznie nie spełniają. W tym artykule przeczytasz:

Kocham postanowienia noworoczne. Odkąd sięgnę pamięcią robię je co pół roku (mam w czerwcu urodziny, więc to też traktuję jako nowy rok). Na początku wiele postanowień po prostu przepisywałam z roku na rok (np. zbuduję fit sylwetkę, przeczytam 25 książek, będę regularnie sprzątać – i tak mi minęły lata studenckie).  Po mniej więcej 3 latach (czyli 6 próbach) zaczęłam widzieć wymierne efekty tych moich nieudolnych starań.

Dziś jestem już spokojna. Bo WIEM, że moje postanowienia noworoczne mają się dobrze. Są w dobrych rękach. Po tylu latach cierpliwości, prób i błędów, nauczyłam się jak się takie cele stawia i jak się je potem spełnia. To co w powyższych akapitach chcę Ci przekazać, to to, że

dotrzymywanie postanowień (noworocznych czy jakichkolwiek innych) to umiejętność, której można się nauczyć.

Nie jest tak, że albo umiesz i dotrzymujesz albo nie umiesz i „postanowienia nie są dla Ciebie”.

Ja już umiem. Nie jestem jeszcze takim tytanem postanowień, który spełnia w konkretnym roku 100% tego co założy. Bo część planów przesuwa się w czasie (ale nie na nigdy, tylko na np. rok później), dzieją się niespodziewane rzeczy (np. przeprowadzka za granicę) a do tego, nie jesteśmy mistrzami planowania na rok z góry. Ale wyrosłam już z przepisywania tych samych celów z roku na rok. Teraz chcę się nauczyć lepiej szacować ile co jest w stanie mi zająć.

To tyle jeśli chodzi o moje doświadczenia z postanowieniami (mocno skrócone, bo to nie jest blog o rozwoju osobistym ;)).

Twoje mogą być inne.

Może jesteś postanowieniowym tytanem i co zaplanujesz – to osiągniesz. Może jesteś na tym etapie co ja, czyli już podszkolony w osiąganiu tego czego pragniesz. Może robisz postanowienia z nadzieją ale potem niewiele z tego wynika bo życie Cię zaskakuje a Ty się tylko frustrujesz. Może nie robisz postanowień bo są głupie. Głupie a inaczej „mam do siebie tak małe zaufanie, że wytrwam w czymkolwiek, że wolę się nie rozczarować i nie planuję, a jak coś mi wyjdzie to fajnie”. A może stoisz na stanowisku „nie robię postanowień noworocznych bo cele można stawiać sobie przez cały rok”. Oczywiście, dlatego ja moje cele noworoczne edytuję co najmniej co kwartał. I całe szczęście, że jest już styczeń – możesz dzisiejsze postanowienia nazwać styczniowymi, zimowymi, nieokreślonymi, spontanicznymi – jakikolwiek przymiotnik byle nie noworoczne, tfu! 😉

Dlaczego więc warto?
Bo każdy cel, każde postanowienie pokazuje, że Ci się chce. Cokolwiek. Że marzysz. Że wiesz, że możesz więcej. Bo możesz. I wiesz o tym. I przyznam rację, że przejście od stanu wiedzy, do faktycznego stawania się tą lepszą wersją siebie nie jest takie łatwe. W swojej postanowieniowej historii łapałam się każdej możliwej deski ratunku, czytałam książki, pytałam znajomych (szczególnie tych, którzy wydawali się z łatwością robić rzeczy jakich ja nie potrafiłam) etc.

Właśnie dlatego, że umiejętność wytrwania w postanowieniach jest trudna, mam dla Ciebie zupełnie inne postanowienia noworoczne. Nazwałam je postanowieniami wyższego rzędu, bo one mają działać tak jak fundamenty. Skupiwszy się na tych ośmiu postanowieniach, będzie Ci o wiele łatwiej realizować w ciągu roku wszystkie te drobne pomysły, które zawsze masz ale „jakoś tak lato szybko mija i z tego pikniku w parku nic nie wyszło”.

Nie pojawią się dziś pozycje typu „regularnie chodź z dzieckiem na basen” czy „pilnuj pięciu porcji warzyw dziennie w posiłkach dziecka”. Pojawią się za to pomysły  jak zorganizować sobie życie, co warto zmienić lub urozmaicić by w przyszłości łatwiej spełniało się cele rodzicielskie, jakiekolwiek sobie nie wymyślisz.

Jeśli jesteś standardowym rodzicem – ten problem będzie Ci obcy. Ale jeśli robisz cokolwiek inaczej (np. nie posyłasz dziecka do zwykłej szkoły, dajesz jedzenie wg BLW zamiast słoików, ograniczasz telewizję, uczysz czytać odrobinę zbyt wcześnie) to strzeż się, bo zaraz zza rogu pojawi się życzliwa ciocia, która powie Ci, że wydziwiasz. I najpewniej zabierasz dziecku dzieciństwo. I nie pomagasz mu się hartować.

Już dawno dałam sobie z tym spokój. Po pierwsze, wiele elementów wychowania dziecka jest opcjonalnych. Można uczyć dziecko czytać zanim pójdzie do szkoły i można uczyć hiszpańskiego. Ale nie trzeba. A bywa to już wystarczający powód do agresji, bo w piaskownicy „mama mamie wilkiem”.  A co dopiero z rzeczami, które opcjonalne nie są np. konieczność ograniczania (a najlepiej kompletnej rezygnacji z) chodzików. Spróbuj powiedzieć innej mamie, że wg dzisiejszej wiedzy chodziki szkodzą prawidłowemu rozwojowi.

Oszczędź sobie stresu, zachowaj energię na pracę nad sobą i zabawę z dzieckiem, a nie na ewangelizowanie innych mam czy na obronę swojego stanowiska. Zmień otoczenie! Nie zachęcam, by z kimkolwiek zrywać kontakty, po prostu częściej otaczaj się tymi, którzy dzielą podobne wartości.

Chyba, że jesteś gotów na wyższy poziom wtajemniczenia. W kwestiach rodzicielskich czasem patrzę na inne mamy tęsknym wzrokiem myśląc „też bym tak chciała”. Wówczas zadbaj o to, by choć od czasu do czasu, a przynajmniej częściej niż teraz przebywać w towarzystwie tych rodziców, którzy Ci imponują. Dzięki temu mniej musisz się skupić na konkretach i własnych niedociągnięciach, bo na Twoją korzyść zadziała stara maksyma „wchodząc między wrony kraczesz jak i one”.

Postanowienie 2: Nie planuję zbyt wiele (jednocześnie).

Znasz tę historię: babeczka chciała się odchudzać i postanowiła, że od poniedziałku koniec ze słodyczami, z napojami gazowanymi, z fast-foodami i ze słodzeniem kawy. A do tego będzie ćwiczyć, rozciągać się rano i medytować. A tak tylko dla pewności zrobi sobie kurację oczyszczania jelit, zacznie pić zieloną herbatę, brać suplementy i smarować się szczotą na cellulit. Od poniedziałku. Uśmiechasz się pod nosem, bo wiesz, że nasza bohaterka ma małe szanse by wytrwać. Miała przypływ ambicji i wiary w siebie, niestety była to tylko fala, tak szybko odpłynęła jak przypłynęła.

Nie daj sobie zrobić tej samej krzywdy w kontekście rodzicielskich ambicji.

Po pierwsze, pracuj nad tym by wiara w siebie była fundamentem planowania a nie tylko chwilowym przypływem (patrz punkt 6). Po drugie – nie planuj wszystkich zmian (szczególnie nawyków) na raz! I być może sprawdzi się to, że w 2019 roku będziesz z dziećmi więcej czytać, uprawiać sporu, wspólnie gotować, oglądać mniej tv, więcej wyjeżdżać etc. Ale na pewno nie wszystko się spełni w styczniu. Więc wyluzuj. Nie bądź jak odchudzająca się babeczka. Tym bardziej, że nie wypełnienie tych planów traktujemy jak porażkę, co zmniejsza prawdopodobieństwo chęci podejmowania przyszłych prób.

Postanowienie 3: Wychowuję przez własny przykład.

Gdyby sobie wychowawczo filozofować, to na dobrą sprawę nie musisz z dzieckiem nic robić by wyrosło na świetnego człowieka. Po prostu sam bądź świetny i pozwól dziecku z sobą przebywać 😉 Daj przykład. Dzieci się uczą przez obserwację i naśladowanie.

Zanim spanikujesz. To nie znaczy, że masz być w czymkolwiek doskonały. Ty masz mieć tylko doskonałe podejście do nauki i błędów. Co mam na myśli? Jeśli rodzic jest doskonałym kucharzem ma co najmniej dwie opcje. Albo zarazi swoją pasją, albo będzie dzieci strofował i kpił, że popełniają w kuchni głupie błędy za każdym razem gdy wezmą się za patelnię. Są też takie szanse, że nie jesteś zawodowym kucharzem, sportowcem, noblistą czy lektorem angielskiego.

Chcesz by dziecko w przyszłości było za pan brat ze sportem i zdrowo jadło? Chcesz by dużo czytało i znało języki obce? Chwyć za książkę, naucz się słówka, zjedz jabłko i zrób przysiad. Jaką dasz lekcję życiową, gdy pokażesz dziecku „nie jestem w tym świetny, ale chcę być, więc będę próbować”? Jest to nic innego jak Twoje rodzicielskie ubezpieczenie. Bo jeśli Ty czegoś nie nauczysz, to nauczysz dziecko jak się nauczyć samemu. 
P.S. Jestem z Ciebie dumna, jeśli rozumiesz sens ostatniego zdania.

 

Mama najlepiej posprząta, ugotuje, odłoży na odpowiednie miejsce, zaplanuje wyjazd, spakuje walizkę, poszuka, złoży, umyje, zaszyje i na koniec przytuli. I nakrzyczy, bo od tego nadmiaru obowiązków stała się nerwowa.

Przekazanie części odpowiedzialności za dom na dzieci (i partnera) ma same zalety. Ty będziesz się mniej stresować, że wszystko na Twojej głowie. Na początku faza nauki, więc trzeba będzie przetrwać myśli „już sama zrobię to szybciej i lepiej” ale obiecuję, że to mija a udzielając dzieciom wyrozumiałej informacji zwrotnej – naprawę z tygodnia na tydzień radzą sobie lepiej.  Aż będą wieszały pranie dokładnie tak jak lubisz 😉 Dodatkowo, wychowujesz osoby, które nie twierdzą, że szklanki po soku magicznie myją się same a rolka papieru uzupełnia się na hasło abrakadabra.  Przyszła żona Twojego syna na pewno będzie Ci wdzięczna!

Jesteś sobie dwudziestoletnim kimś. Masz dziewczynę/chłopaka albo nie masz, masz swoje marzenia pasje i swoje ulubione rzeczy. A potem stajesz się rodzicem. Dobrze jednak, byś nie był „przede wszystkim rodzicem”. Czyli takim, który zapomina, że miał pasje i swoje ulubione rzeczy. Bo teraz najważniejsze jest dziecko, jego dobro i to moje najważniejsze zadanie na tym świecie. Temat tak naprawdę nadaje się na piętnaście artykułów, napisano zresztą nie jedną już książkę. Chciałam tylko tutaj zwrócić Twoją uwagę na dwie rzeczy:

a) Jesteś rodzicem zaangażowanym przez około 10 lat bo potem maluch i tak część dnia spędza w swoim pokoju czy w gronie swoich kolegów. A po kolejnych 10 latach dziecko najprawdopodobniej wyleci Ci z domu by podbić świat. Jeśli przez te 20 lat zajmowałeś się głównie dzieckiem to zdążysz zapomnieć co Ci sprawiało radość. Zapomnisz jak to jest zrobić coś w życiu z czego jesteś dumna (i nie mówię tu o teatrzykach dzieci czy studiach dzieci, bo nie możesz być w życiu czuć dumy TYLKO ze swoich dzieci). W dzisiejszym społeczeństwie jest ogrom toksycznych rodziców, którzy by czuć się potrzebni nawiedzają swoje 35 letnie dzieci. Dzwonią 3 razy dziennie, noszą kanapki do pracy i są dalecy od przecięcia przysłowiowej pępowiny. Bo jeśli nie aktywna rola „przede wszystkim” mamy, to co im ważnego w życiu zostanie? Praca, której nie lubią? M jak miłość?

b) Jesteś rodzicem, jak już ustaliliśmy wyżej, przez około 20 lat. A potem dziecko powinno być w miarę samodzielnym dorosłym i Wasza rola jest już bardziej partnersko-doradcza niż opiekuńcza.  ALE żoną/mężem/partnerem będziesz dużo dłużej. Zdecydowaliście się na dziecko by potem poświęcić się roli taty i mamy? A co z Wami? Dzieci pójdą w świat a ja mam nadzieję z moim małżonkiem spędzić jeszcze kilkadziesiąt dobrych lat (tak Michale, dobrze słyszysz, szykuj się). Dobrze by było, gdybyśmy po tych 20 latach się nadal lubili, śmiali ze swoich żartów i mieli tematy do rozmów inne niż dzieci.

Podsumowując: nie jesteś przede wszystkim mamą/tatą. Jesteś też żoną/mężem, czytelnikiem, pracownikiem, pasjonatem, sportowcem rekreacyjnym, wędkarzem, uczestnikiem, studentem i czymkolwiek sobie wymyślisz.

Pewność siebie nie działa tak, że albo ją masz albo nie. Najpewniej ją masz w jakichś dziedzinach a w tych dla Ciebie nowych bywasz bardziej ostrożny. Rodzicielstwo jest po prostu kolejnym takim obszarem.

Przypuśćmy, że uważasz się za świetnego kucharza. Widzisz nowy przepis albo koleżanka zrobiła super zupę – czy coś stoi na przeszkodzie, by samodzielnie przygotować jakąkolwiek potrawę? Skąd! Najwyżej za pierwszym razem nie wyjdzie tak super ale będziesz wiedzieć co poprawić następnym razem.
A jeśli uważasz, że masz w kuchni dwie lewe ręce? Nawet nie bierzesz się za tempeh w panierce bezglutenowej czy kaczkę w pomarańczach, bo to za wysokie progi. Zostaniesz przy tym co znasz bo wiesz, że tego (raczej) nie zepsujesz a gotowanie nie zajmie całego dnia.

Zachęcam Cię w tym punkcie byś pomyślał o rodzicowaniu jak o gotowaniu. Jeśli jesteś ponad wszelką wątpliwość przekonany, że jesteś po prostu rewelacyjnym rodzicem, to wiesz, że możesz wszystko! Możesz opanować sytuację kryzysową, możesz dziecko nauczyć nowego nawyku, możesz podjąć się nowej aktywności, wszystko możesz, jeśli tylko zechcesz!

A jeśli uważasz się za średniego rodzica, który ledwo ogarnia podstawowe kwestie? Nie będziesz się brać za rzeczy opcjonalne. Bo nie masz siły, bo się nie uda, bo to nie takie łatwe, bo ja wiem, że moje dziecko tego nie załapie, bo ja wiem, że mi nie starczy cierpliwości i konsekwencji, bo ja nie mam czasu, bo mąż stwierdzi, że to bez sensu…

Jeśli w głębi Twojej duszy tli się marzenie, że chcesz być „jakąś” mamą, która robi (albo nie robi) określone rzeczy – to wiedz, że możesz wszystko. Tylko najpierw popracuj nad swoją rodzicielską pewnością siebie. A potem pójdzie z górki. Jak to zrobić? To niestety temat na kolejne czterdzieści artykułów, bo metod jest ogrom. Jak masz pomysł w tym zakresie, podziel się nim w komentarzu, może zainspirujesz innych rodziców.

(O poczuciu własnej wartości dzieci nagrałam kiedyś odcinek podcastu, zachęcam by przesłuchać bo daje więcej kontekstu, mimo, że mówiłam wtedy głównie o dzieciach.)

Punkt tak oczywisty, że chyba nie muszę tłumaczyć. Spokojny rodzic to szczęśliwe dziecko. Jeśli w którymkolwiek momencie życia wydzierasz się na dziecko krzycząc „uspokój się w końcu” to ciśnie się na usta – a kto się ma uspokoić, Ty czy dziecko? Jak mamy nauczyć dzieci opanowywać swoje emocje, jeśli sami tego nie potrafimy.

Jest to dla każdego rodzica (albo większości, których znam, również dla mnie samej) bardzo trudny punkt. Bo emocje są po prostu trudne do opanowania. Pierwszy raz straciłam cierpliwość przy córce jak miała siedem miesięcy. Można było mnie wtedy nazwać królową cierpliwości. Przy drugim dziecku natomiast, pierwszy raz straciłam do niego cierpliwość jak miał tydzień. Ty-dzień. Dla mnie to była różnica tak drastyczna, że natychmiast postanowiłam poprawę i szaloną edukację w tym zakresie. Bo ja chcę być spokojną mamą, która w emocjach dzieci uraczy swoim opanowaniem a nie dołączy do ich chaosu. Jak postanowiłam, tak zrobiłam a potem pomyślałam, że zamiast uczyć się tego sama mogę razem z innymi rodzicami. I tak powstało wyzwanie dla rodziców, którego pierwsza edycja odbyła się w styczniu 2019 roku.

Wrócę do swojej metafory z kucharzem. Czy kucharz jest zdefiniowany w którymkolwiek etapie kariery? Nie, zawsze przecież może nauczyć się (czy nawet wymyślić) nowego przepisu na sos. Czy pisarz jest zdefiniowany? Nawet jak ma swój styl, wynikający z jego temperamentu, to zarówno styl a przede wszystkim WARSZTAT może ewoluować z czasem.

Rodzicem też nie jesteś zdefiniowanym.

Może w pierwszym pół roku życia dziecka „pisałeś słabe nowele i robiłeś słabe sosy”.  Ale uwierz mi, możesz być takim rodzicem jakim marzysz. Na jakiego zasługują Twoje dzieci. Tylko musisz chcieć się rozwijać. Chcieć się uczyć. A przede wszystkim założyć, że nie musisz wiedzieć i umieć wszystkiego od początku. Nawet jak Twoje dzieci mają 16 lat, to nadal nie wiesz i nie umiesz wszystkiego. Rodzicielstwo to taka super dziedzina, że jak już umiesz wszystko, to dzieci wymyślą Ci nowe lekcje i wyzwania 😉

Niby oczywiste, ale wiesz co jest w tym punkcie najtrudniejsze? Ego. Spróbuj powiedzieć innemu rodzicowi, że coś może robić inaczej. Ja spróbowałam nie raz. Większość z nas słysząc taką uwagę, nie pomyśli „ciekawe, wezmę to pod rozwagę, może będzie fajnie albo nawet łatwiej”. Za to słychać „ona mówi, że jestem złym rodzicem”.

Ustalmy jedno. Jeśli w ogóle to czytasz – to jesteś dobrym rodzicem. Jeśli się kiedykolwiek zastanowiłaś CZY jesteś dobrym rodzicem, to jesteś. Jeśli podajesz to pod rozwagę, zastanawiasz się – to masz szansę zmienić to co warte zmiany i co ważne, masz też szansę udoskonalać to co już robisz rewelacyjnie i być przykładem dla innych rodziców.

Uczmy się. Do końca życia.