Neuroedukacja – co to właściwie jest, czyli wszystko co musisz wiedzieć na pierwszy ogień.

Szkoła jaka jest każdy widział. O pewnych alternatywach jak np. montessori też większość z nas przynajmniej słyszała. Ale co to jest ta neurodydaktyka (czy neuroedukacja)? Ostatnio wszyscy o niej mówią, brzmi mądrze, teoretycznie wiadomo, że coś z mózgiem – ale i tak nie wiadomo dokładnie o co chodzi. Czy to jest nowa alternatywa dla szkoły? Czy to jest dziedzina wiedzy niezależna? Gdzie można znaleźć informacje i jak zdecydować czy to jest fajne czy nie? Na te i inne pytania odpowiem Wam dziś (mam nadzieję) wyczerpująco.

W tym artykule opowiadam o:

  1. Początki nowej dyscypliny naukowej i co się z tym wiąże.
  2. Neurodydaktyka, neuroedukacja i inne – czyli problemy z nazewnictwem.
  3. Czym się zajmuje neuroedukacja.
  4. Kto jest tu specjalistą i kto decydentem? Słowem: kto się na tym zna?
  5. Jak powstają neuromity: czyli kto udaje specjalistę?
  6. Wyzwania neuroedukacji na najbliższe lata.

Początki nowej dyscypliny

Przede wszystkim to jesteśmy świadkami czegoś niesamowitego, albowiem na naszych oczach powstaje zupełnie nowa dziedzina wiedzy. Czasem jesteśmy tak przyzwyczajeni do dzielenia świata na działy – biologia, ekonomia, historia – jakby wszystko było odkryte i znane, a dziedziny rozwijały się tylko wgłąb swoich grajdołków.  A tymczasem powstają każdego dnia obok nas nowe zawody, nowe dziedziny wiedzy, nowe rozwiązania technologiczne. Niektóre z nich nic nie zmienią, nietóre się świetnie wpasują a niektóre zmienią absolutnie wszystko.

Neuroedukacja to dyscyplina, która dopiero powstaje, w związku z czym zmaga się z tym, z czym wszystko co nowe. Nie do końca wiadomo jaki jest zakres wiedzy, zakres działań, z czym ma się identyfikować, jaka będzie metodologia badawcza i… kto o tym wszystkim decyduje. I z tym decydentem będzie dodatkowo ciężko, bo neuroedukacja jest transdyscyplinarna, ale o tym za chwilę. Nie wiadomo też co to oznacza dla szkoły i co o tym myśleć. Bać się czy cieszyć? 

Neuroedukacja czy neurodydaktyka?

Neuroedukacja, zwana również: neurodydaktyką, educational neuroscience, MBE (mind, brain and education), brain friendly learning;

jest dziedziną króta stawia sobie za cel zbadanie optymalnego procesu nauczania i uczenia się z perspektywy pracy mózgu. I jest to o tyle trudne, że dziś wiele innych dziedzin próbuje wpływać na edukację. Z wiadomych przyczyn musimy brać pod uwagę psychologię, pedagogikę i kognitywistykę. Do powiedzenia ma też coś socjologia, biologia i ekonomia.  I to wciąż nie wszystko. A każda dziedzina ma troszkę albo bardzo inną perspektywę, z której patrzy na edukację dlatego też wnioski mogą powstać kompletnie inne. Trudność polega też na samej nazwie.

Jeśli nie potrafimy zgodzić się co do tego jak nazwać to co badamy, to istnieje szansa, że każdy bada co inngo.

I tak historycznie miało się to następująco:

  • W 2008 roku, neuroedukacja została oficjalnie potwierdzona jako niezależna dyscyplina naukowa. Ale nie doszliśmy wtedy jeszcze do porozumienia jak ta dyscyplina się będzie nazywała.
  • W 2013 roku przeprowadzono więc w tej sprawie badania jakościowe1. Zaczęto skłaniać się ku jednej nazwie ale za nic nie dało się ustalić tożsamej definicji czymże ta powstająca dyscyplina naukowa jest. Jedni woleli „educational neuroscience”2, inni „neuroeducation”3 a jeszcze inni „MBE – mind, brain and education”4. I wydaje się, że ta ostatnia ma szanse na wygraną,, bo dokładnie tak został nazwany pierwszy i jedyny póki co magazyn naukowy na temat neuroedukacji
  • Dodajmy do tego jeszcze tłumaczenia na różne języki i znaczenie nadawane poszczególnym słowom w różnych kulturach. Dziś każda instytucja i każdy kraj nazywa tę dyscyplinę jak chce. Na czym ona sama na pewno traci, bo wydaje się mniej poważna i mniej „istniejąca”.

Stosowana definicja natomiast to „cognitive neuroscience research in the process of the brain that affect learning and education”.

Wybaczcie ale nie porwę się na tłumaczenie, bo mogę zbezcześcić oryginalną myśl jednym złym synonimem, ryzyko jest potężne 🙂

Jak możecie zauważyć, pisząc o tym po polsku zwykłam używć terminu neuroedukacja. Bynajmniej nie dlatego, że tak się powinno, ale dlatego że popularna w polsce neurodydaktyka jest czymś odrobinę innym a pozostałe nazwy są wieloczłonowe, długie i mniej praktyczne. A skoro już wspomniałam, to wyjaśnijmy dwa słowa na temat stosowania tej nazwy.

A czym w takim razie jest neurodydaktyka?

Neurodydaktyka to dziedzina węższa od neuroedukacji jak sugerują człony „edukacja” i „dydaktyka”. Edukacja zajmuje się każdym przejawem uczenia, nauczania, organizacji uczenia, jej efektów, ogółem procesów związanych z wychowaniem i kształceniem. Dydaktyka natomiast jest gałęzią pedagogiki, która zajmuje się procesami nauczania i uczenia się. Masło maślane? Trochę tak 🙂 Dlatego podam jeszcze definicję metodyki z jednego ważnego powodu.

Jedyny (sensowyny) napisany w Polsce podręcznik z zakresu neuroedukacji napisała dr Marzena Żylińska, która z wykształcenia jest metodykiem. Metodyka odpowiada na pytanie jak należy coś robić, opisuje więc zbiór metod realizacji zadań. I dokładnie to było punktem odniesienia w pisaniu książki „Neurodydaktyka. Nauczanie i uczenie się przyjazne mózgowi” i dlatego też nazwała książkę tak a nie inaczej.

Podsumowując, neuroedukacja to nie jest to samo co neurodydaktyka i nie powinniśmy używać tych nazw zamiennie. Neurodydaktyka leży w podzbiorze neuroedukacji.

Specjaliści: czyli kto się zajmuje neuroedukacją?

Zajmować się tym może niemal każdy. Nie istnieje jeszcze infrastrukura uczelniana czy oficjalne certyfikowanie. Dlatego najczęściej zajmują się tym specjaliści w jednej z dziedzin wchodzących w skład neuroedukacji, przykładowo:

  • nauczyciel, który jest zainteresowany tym jak działa mózg,
  • neurobiolog, który jest zainteresowany tym jak funkcjouje szkoła,
  • psycholog, który jest ciekaw jak mózg dziecka kumuluje wiedzę i umiejętności,
  • neurokognitywista, czyli ktoś po studiach psychologicznych z wglądem w działanie mózgu i umysłu.

Stąd też mowa o transdyscyplinarności a nie interdyscyplinarności. Według R. Knox interdyscyplinarność wskazywałaby na połączenia i nawiązania pomiędzy dziedzinami, tymczasem transdyscyplinarność zaciera granice pomiędzy instniejącymi dyscyplinami wiedzy, powoduje, że się przenikają.

Neuroedukacja jest o tyle ciekawą dyscypliną, że ciężko było by określić jakie studia czy szkolenia najlepiej ukończyć, by być znawcą w temacie. Są co prawda już kursy i studia podyplomowe z neurdydaktyką w nazwie, ale uczą na nich specjaliści wszelakiej maści a plany dydaktyczne układają często po omacku (stąd pojawiają się obok neurodydaktyki często wzmianki o NLP, structogramie czy innych dziwolągach niezwiązanych z neuroedukacją). Ukończyłam w Polsce studia podyplomowe z neurodydaktyki i większość dostępnych kursów zarówno z neurodydaktyki i neuroedukacji. Czytam i analizuję za to program każdego kursu, jaki jest dostępny do wiadomości potencjalnych uczestników. I powiem Wam tyle – nie każdy wie co robi. Więc nie chodzi o to, by mieć papier – umówmy się. Takie np. prawo ma tak długą tradycję edukacyjną, że jest możliwość stworzenia obiektywnie dobrego programu nauczania, po którym „wychodzi” prawnik z odpowiednią wiedzą przynajmniej teoretyczną. Neuroedukacja jest dyscypliną w powijakach więc jeszcze tego po prostu nie potrafimy. A programy obecnie istniejące, z roku na rok, czy z edycji na edycję będą się zmieniać.

Ważną kwestią jest też zakres wiedzy, który, co by nie mówić, MUSI BYĆ BARDZO SZEROKI. Fenomenalny neurobiolog, który nie wie nic o dzieciach będzie beznadziejnym neuroedukatorem. Nauczyciel z pasją i przeszkoleniem psychologicznym, bez konkretnej wiedzy z zakresu biologii też nie ogarnie tematu, mówiąc kolokwialnie.

Dobry neuroedukator musi mieć przynajmniej cząstkową wiedzę z zakresu: psychologii w tym głównie psychologii dziecięcej, kognitywistyki, ekonomii edukacji, biologii człowieka, historii edukacji, neurologii, pedagogiki w tym dydaktyki i metodyki,  technologii edukacyjnych, alternatywnych systemów i metod edukacji, prawa oświatowego (co najmniej swojego kraju ale dobrze jest znać charakterystykę innych systemów edukacji); a i to pewnie nie wszystko.

Co się dzieje, kiedy wiedza jest tylko powierzchowna i nieusystematyzowana? Narażamy się na ryzyko rozpowrzechniania mitów.

Neuromity: czyli kto udaje specjalistę?

Nie ukrywam, że trochę to trwało bym przełamała się i napisała ten artykuł. Edukuję się z zakresu neuronauk od kilku lat i temat fascynuje mnie bez reszty, ale udawać nie będę – nie jest to bułka z masłem. I chyba już do końca życia będzie mi towarzyszyło przekonanie, że „jeszcze tylko nauczę się tego i przeczytam tę książkę i zdobędę ten certyfikat i już będzie lepiej”. I zawsze pojawiają się nowe nieznane mi badania, nowe pozycje książkowe, nowe wykłady w sieci i nowe treści warte poznania w każdej możliwej formie. I znowu czuję się goła i wesoła i „jeszcze tylko to przeczytam, a potem zacznę publikować”. 

Ale nie każdy ma takie opory 🙂

Są tacy, którzy poczuli kila lat temu, że mózg i wszystko co zaczyna się od przedrostka neuro, jest na topie. I faktycznie neuromarketing, neurosprzedaż, neuro lingwistyczne programowanie i inne neuro wynalazki rozchodzą się jak świeże bułeczki. W wielu przypadkach wystarzczyło dowiedzieć się trzech rzeczy o budowie mózgu by świecić trudnymi wyrazami i stanąć w roli eksperta. Między innymi tak narodziło się wiele mitów.

Ktoś przeczytał prawdziwe badania, nie do końca je zrozumiał i powtórzył na głos. Ktoś inny podłapał, złapał puentę ale przekręcił wnioski. A potem już „badania” żyły własnym życiem i tak oto, świat powtarza mity o tym, że:

  • wykorzystujemy 10% mózgu
  • dzielimy się na lewo i prawo półkulowców
  • dzielimy się na kinestetyków, wzrokowców i słuchowców
  • wiele kontrowersji związanej z kinezjologią
  • łączenie neuroedukacji z NLP i struktogramem
  • inteligencje wielorakie
  • rozwojowe okresy krytyczne

Ale o mitach napiszę pewnie osobny artykuł. Bo każdy z nich to temat rzeka, ale jeśli któryś bardziej Was interesuje zostawcie komentarz na dole, najlepiej z konkretnymi pytaniami i wątpliwościami do rozwiania!

Wyzwania neuroedukacji

 1. Jednym z pierwszych wyzwań, będzie określenie jak neuroedukację badać. Nowa dyscyplina leży na zderzeniu dwóch (generalizując), które dodatkowo leżą po dwóch stronach naukowej barykady.

  • Neurologia, jest określana jako nauka przyrodnicza. Zazwyczaj badana z zastosowaniem aparatu matematycznego i właściwej sobie metodologii. Badacze mogą pozostać w osobie trzeciej, badają i mierzą bowiem fakty i zjawiska w raczej obiektywny sposób.
  • Edukacja, jest za to humanistyczna. Tu metodyka nie jest ścisła i często bywa osadzona przez autora badań w kontekście koniecznym do zrozumienia koncepcji. Jak to zwykle bywa z badaniem behawioru.

I teraz Ci oto badacze i teoretycy muszą wymyślić wspólną metodologię na badanie „edukacji przez pryzmat mózgu”. Gdybym chciała być niemiła, powiedziałabym, że zajmą się tym historycy 😉 Badania będą się toczyć własnym torem jak teraz, a za 50 lat ktoś zrobi przekrojową pracę na temat „najbardziej popularnych i skutecznych metod badawczych w neuroedukacji”. Obym się myliła!

2. Kolejnym wyzwaniem będzie wyłonienie liderów intelektualnych, takich głównych myślicieli w neuroedukacji. Bo teraz jest nim każdy, kto tego słowa używa w zdaniu! 🙂 Taka osoba musi wykazywać się całym szeregiem cech pozwalających na w miarę możliwości obiektywne analizowanie i sytezowanie treści z zakresu zarówno edukacji i neurobiologii. A w zasadzie analizowanie, syntezowanie ale wcześniej jeszcze interpretowanie, ze względu na różny język jakim posługują się badacze różnych dziedzin; ale też po prostu inny język, bo większość badań na ten temat ukazuje się w języku angielskim.

Docelowo, chciałabym żeby w każdym kraju istniało co najmniej pięć osób*, które zgadzają się ze sobą co do fundamentów dyscypliny, choć punkt widzenia mogą mieć różny. To właśnie do tych osób możnaby odnosić się z chęcią weryfikacji artykułów, szkoleń i wykładów wszelakich.*Nie ukrywam, że pretenduję do miana jednej z tych osób. Może nie dziś, jeszcze tylko przeczytam, zbadam i przeanalizuję kilka rzeczy 😉

3. I oczywiście cel nadrzędny i długoteminowy: aby cała dyscyplina i liczne badania przełożyły się na praktykę edukacyjną.

By w kwestiach edukacji dzieci, czyli bezpośredniego wpływania na to jak będzie wyglądała nasza przyszłość, nie polegać na tradycjonalistycznych schematach i metodach „uznanych przez zasiedzenie”. Oby nasze wnuki za 100 lat nie mogły się nadziwić jak my mogliśmy w tak bezsensowny sposób uczyć dzieci w szkołach.

  1. Larrison 2013
  2. Geake 2011, Goswami 2011, Pattern & Cambell 2011
  3. Howard-Jones, Fenton 2012
  4. Coch & Ansari 2012, Samuels 2012, Stein & Fisher 2011